WYPOWIEDZI W DYSKUSJI
Wtorek, 8 sierpnia 1995ł.
Dyskusja po referatach:
Z. Jacyny-Onyszkiewicza, Istnienie a świadomość
i J.A. Janika, Filozofującego fizyka kłopoty z istnieniem

Janik. Mam kilka pytań do Prof. Jacyny-Onyszkiewicza:
1) Rozumiem, że Pański model nie potrzebuje właściwie mechaniki kwantowej. On uzasadnia pewne właściwości mechaniki kwantowej i może został wprost inspirowany przez mechanikę kwantową, ale nie jest faktycznie modelem kwantowo-mechanicznym. Czy tak?
2) Czy ten model, a raczej szatę matematyczną, jaką Pan mu nadal, można nazwać matematycznym językiem, bo to przecież nie jest matematyka, że tak powiem, „obliczeniowa"?
3) Mamy tutaj gościa prawosławnego, więc nie wiem, czy się nie zdenerwuj e tym, co powiem, ale chyba u Pana ma miejsce katolickie podejście do problem u Filioque. Jeżeli dobrze rozumiem, to w Pańskim modelu trzy świadomości nieskończone są związane raczej z taką relacją, jaka jest uznawana w naszym Kościele.
4) W związku z Pańskim berkeleyowskim podejściem: czy Pan Bóg opowiada nam taką bajkę o materii? Czy to jest tak, że faktycznie my jesteśmy „wprowa- dzeni w maliny"? Ja wiem, że to nie „maliny", bo w końcu Bóg nie robi nam krzywdy w ten sposób, a raczej coś dokładnie przeciwnego. Ale faktycznie, czy to, że badamy różne cząstki, mierzymy kopułę tego oto kościoła, czy głębokość tego oto jeziora, to to jest niejako złudzenie? I to narzucone nam przez Boga?

Jacyna-Onyszkiewicz. Zgadzam się w zupełności ze stwierdzeniami zawartymi w dwóch pierwszych pytaniach Pana Profesora. Istotnie, proponowany model nie jest modelem kwantowym, ale ogólnym modelem teologicznym wyrażonym w języku matematycznym.
Odnośnie do trzeciego pytania chciałbym powiedzieć, że jeżeli pierwotną świadomość nieskończoną C[ ] utożsamimy z Bogiem Ojcem, a pochodzącą od niej świadomość C'[ ] z Drugą Osobą Trójcy Świętej oraz świadomość nieskończoną C''[] z Duchem Świętym, to uzyskamy, że Duch Święty pochodzi od Ojca i Syna, a dokładniej, od Ojca przez Syna. Z tego modelu wynika ponadto, że wszystkie relacje miłości są symetryczne i w relacjach tych świadomości nieskończone objawiają się jako Osoby Boskie, z których każda występuje, oprócz pochodzenia, w tej samej roli. Przypuszczam, że taki „model" Trójcy Świętej jest do zaakceptowania, zarówno przez katolików, jak i prawosławnych, ponieważ problem Filioque tym modelu jest problemem mało istotnym.
Pytanie czwarte: czy jesteśmy oszukiwani przez Pana Boga, jeżeli materii nie ma? Sądzę, że nie. Kartezjusz słusznie uważał, iż istnienie świata wynika z tego, że Bóg sprawił, iż jesteśmy przekonani o istnieniu świata, jako że jest rzeczą niemożliwą, aby Bóg pragnął nas wprowadzić w błąd. Ja nie przeczę, że istnieje krzesło czy cały Wszechświat, ale chodzi o to, czy są to grudki mniej czy więcej skondensowanego bezwładnego tworzywa, czy też osnową Wszechświata są bity informacji? Moim zdaniem, przyjęcie tej drugiej hipotezy zdecydowanie prościej i lepiej wyjaśnia zagadkowe własności świata kwantowego, takie jak na przykład nieodwracalny i względny (w sensie relatywistycznym) charakter procesu aktualizacji stanów. Sądzę, że w świetle przedstawionego modelu rzeczywistości problem, z czego zbudowany jest Wszechświat, jest sprawą drugorzędną. Najważniejsze jest bowiem to, że istniejemy przez Miłość i dla Miłości.

Zyciński. Mamy tu wielkie i ambitne dzieło - próbę połączenia mechaniki kwantowej z teologią. Jeśliby się to udało, mielibyśmy swoistą teologię kwantową. Znajduję w wykładzie wiele idei ciekawych i nowych. Na przykład, że idea substratu materialnego nie jest ważna w mechanice kosmologii kwantowej, a ważniejsze jest pole możliwości. Po głębokim i wyważonym artykule prof. Kołosa, który łączył platonizm z fizyką, zastanawiam się teraz, co zrobić od strony metodologicznej z propozycją prof. Jacyny-Onyszkiewicza. Można w nią wierzyć i nawrócić się tak, jak można nawrócić się na przykład na Berkeleya. Tylko propozycja ta nikogo nie pociąga z racji metodologicznej. Stawiam więc pytanie: czy można przyznać jakąś znaczącą rolę falsyfikatorom dotyczącym nieliniowości kwantowej? Pytanie to jest dla mnie bardzo istotne, gdyż w wykładzie widzę ryzykowną metodę wypełniania luk mechaniki kwantowej Panem Bogiem.
Rozwijając dalej pytanie o falsyfikacie, postawiłbym dwa pytania: l) Czy w tym modelu Pana Boga obowiązuje zasada nieoznaczoności? To znaczy, czy Pan Bóg wszechwiedzący może dokładnie określić pęd i położenie cząstki? Zależnie od odpowiedzi będziemy to dalej rozwijać. 2) Jak wytłumaczyć w tym modelu istnienie zła i grzechu. Jeżeli wszystko jest tylko ideą zamierzoną przez Boga, to dramat złości, zła i cynizmu jest ideą, którą Bóg zamierzył. To nie my - miejcie pretensję do Pana Boga!

Jacyna-Onyszkiewicz. Postawiono bardzo ważne pytanie: czy przyznać znaczącą rolę falsyfikatorom dotyczącym nieliniowości superpozycji stanów? Przedsta- wiony model rozstrzyga co najwyżej, że jeżeli zasada liniowej superpozycji stanów kwantowych okaże się tylko w przybliżeniu poprawna, to nieprawdziwa jest immaterialna ontologia typu Berkeleya. Badania fizyczne jednak, rzecz jasn-a, nie mogą za pomocą tego modelu nic rozstrzygnąć w kwestii natury Boga. Zatem, immaterializm naszego Wszechświata nie może być udowodniony, lecz może być sfalsyfikowany przez fizyczny powtarzalny eksperyment. Fizyka XX wieku już nie raz udowodniła, że czasami jest w stanie rozstrzygnąć kwestie natury filozoficznej (np. problem determinizmu).
Proponowany model odnosi się zarówno do naszego Wszechświata, jak i do zaświatów (wszystkich możliwych wszechświatów poza naszym). Opiera się on na aksjomacie, że Bóg jest wszechwiedzącą miłością. Jeżeli jest miłością, to mrsi posiadać możliwość wyboru, realizacji wolnej woli. Nawiasem mówiąc, jeżeli wolna wola człowieka jest tylko złudzeniem, to nie ma miłości i w konsekwencji nie ma Boga chrześcijan. Zatem, w przyjętym modelu, proces podejmowania decyzji zakładający wolną wolę, wyrażający się istnieniem liniowej superpozycji możliwości i skokowej, nieliniowej aktualizacji jednej z nich, odnosi się także do zaświatów, na przykład szatan posiada wolną wolę i z niej niewłaściwie skorz-y- stał. Ogólne prawo opisujące proces podejmowania decyzji odniesione natomiast do procesu fizycznego, opisywanego zbiorami liczb rzeczywistych, przy załoź-:e- niu immaterialności Wszechświata, generuje zasadę nieoznaczoności. Zęby istnia- ła możliwość wyboru, superpozycja możliwości (stanów) musi posiadać przynaj- mniej dwa wyrazy. Nietrudno pokazać, że to zachodzi, jeżeli dla danego układu fizycznego istnieją przynajmniej dwa operatory opisujące wielkości mierzalne (obserwable), które nie komutują ze sobą. Jeżeli para operatorów nie komutuje, to w formalizmie teorii kwantów, pojawia się nierówność zwana zasa<lą nieoznaczoności. W naszym modelu zasada nieoznaczoności jest więc pokłosiem możliwości wyboru. Zasada nieoznaczoności stwierdza, że jeżeli w wyniku po- miaru fizycznego zaktualizuje się wartości jednej obserwabli, to o wartości dru- giej, której operator nie komutuje z operatorem pierwszej, nie możemy nic pro- gnozować (każda jej wartość jest możliwa do uzyskania w wyniku pomiaru). C zy Pan Bóg może prognozować, co się pojawi w wyniku pomiaru? Oczywiście, że tak, tylko ja, jako fizyk, tego nie mogę. Jego zasada nieoznaczoności nie obowią- zuje. On wie, co nastąpi, ponieważ jest wszechwiedzący. Zasada nieoznaczoności obowiązuje tylko nas, którzy mierzymy określone wielkości fizyczne. Tylko nasza zdolność predykcji wyników pomiarów fizycznych podlega ograniczeniom wyni- kającym z zasady nieoznaczoności.
Z faktu istnienia możliwości wyboru, który jest warunkiem koniecznym istnienia miłości, wynika problem dobra i zła. Miłość, jako proces dobrowolny, może być nieodwzajemniona. Bóg chce naszego istnienia, ale ja mogę nie chcieć Jego istnienia. Przyczyną zła jest to, że świadomości skończone, stworzone dla miłości, są istotami wolnymi. W dyskutowanym modelu problem zła egzysten- cjalnego można wyjaśnić następująco. Według pierwotnego zamysłu Boga świat miał być idealny, na wzór ogrodu rajskiego. Ale gdy pierwsi rodzice, na mocy swojej wolnej decyzji, zgrzeszyli, cała struktura Wszechświata została zmody- fikowana. Zmienione zostały, z konieczności, reguły przekazu idei do świado- mości ludzkich. Pojawiło się zło, które zniszczyło pierwotny zamysł Boga. Struk- tura Wszechświata przestała być strukturą idealną - pojawiło się cierpienie i śmierć. Pierwotna idealna struktura Wszechświata została złamana. Takiej złamanej struktury nie możemy zrozumieć rozmyślając nad nią w zaciszu naszych gabinetów. Żeby ją zrozumieć, musimy eksperymentować. Oddziaływać na wybrany fragment Wszechświata i badać empirycznie, jak on reaguje na takie oddziaływanie. W pewnym sensie więc grzech pierworodny jest przyczyną powstania nauk empirycznych.
Nauki empiryczne nie są jednak w stanie same wyjaśnić swoich podstaw. Żeby wyjaśnić, dlaczego prawa przyrody są takie a nie inne, musimy wyjść poza paradygmat empiryczno-matematyczny. Opuszczając obszar empirii tracimy jednak grunt pod nogami. Na czym mogliśmy się oprzeć, jeżeli nie na ilościowym i powtarzalnym eksperymencie fizycznym? Po prostu myśmy „uwierzyli w miłość, jaką Bóg ma dla nas" (1J4.16). Nie jest to prawda empiryczna, wynikająca z powtarzalnych ilościowych eksperymentów fizycznych, ale nie oznacza to, że jest ona mało uzasadniona. Potwierdzona bowiem została za najwyższą cenę. Poza tym, głęboko zakorzenione w człowieku pragnienie miłości jest również poważnym argumentem przemawiającym za tym, że Bóg jest miłością. Wszystkie systemy filozoficzne, które nie spełniają tej istotnej potrzeby, nie znają zasadniczego wymiaru człowieka. Ludziom tak naprawdę potrzeba tylko jednej rzeczy, by ktoś zwrócił na nich uwagę i pragnął ich istnienia.

Ojciec Święty. Te prawa są pochodne w stosunku do osoby. To jest obdarowanie. Gdy rano widzę, jak słońce wschodzi - o wpół do siódmej teraz wschodzi - mam świadomość tego, że jestem obdarowany kawałkiem Wszechświata.

Ziębs. Mimo studiów filozoficznych i fizycznych nie jestem ani profesjonalnym filozofem, ani fizykiem, raczej taki -jak to ujął poeta - „ni pies ni wydra, coś na kształt świdra". Patrząc z tego punktu widzenia to, czego musiałem się nauczyć, przechodząc ze środowiska fizyków do dominikanów, czego szczególnie nauczali scholastycy, to konieczność czynienia dystynkcji i rozróżnienia porządków. I stale nam trzeba pamiętać, że klasyczny podział na trzy porządki abstrakcji: fizyki, matematyki i metafizyki, jest podziałem analogicznym. Porządki te bowiem nie stanowią części tego samego rodzaju, a są zasadniczo różne. Dlatego św. Tomasz w komentarzu do De Trinitate Boecjusza ostrzega, że postępowanie w ten są m sposób w owych trzech dziedzinach spekulatywnego poznania jest grzechem intelektualnym. Otóż nie jestem pewien, czy porządki metafizyki i fizyki, a zwłaszcza teologii, nie zaczęły się zbytnio przenikać w naszych rozważaniach. Oczywiście, używanie języka fizyki w teologii czy metafizyce bywa bardzo twórcze: z nową świeżością ukazuje prawdy wiary, otwiera nowe horyzonty filozofii. Miewa także wymiar pastoralny, gdyż może trafić do ludzi, którzy rozumieją język fizyki, a nie znają języka klasycznej filozofii czy teologii. Trzeba jednak zachować dużą ostrożność, bo poruszamy się raczej na gruncie metafory niż analogii.
Ten „kwantowy model Trójcy Świętej", o którym słyszeliśmy, opiera się na przyjęciu definicji o wolnej decyzji dwóch świadomości jako warunku konie- cznego zaistnienia miłości. Ale wydaje mi się, że dokładniejszym sformuło- waniem warunku jej zaistnienia jest stwierdzenie, iż jest to wolna decyzja minimum dwóch świadomości. Przecież równie dobrze może ich być na przykład trzy lub pięć, tylko że wtedy multiplikuje się liczba świadomoś ci nieskończonych.
Kolejny problem, który wydaje mi się niezbyt ściśle skorelowany z ludzkim doświadczeniem, to opis decyzji jako zbioru alternatyw, z których skokowo wybieramy jeden człon. Tak działają dzisiejsze komputery, ale decyzje człowieka z jego wielowątkowym i skomplikowanym procesem poznawania, z jego wrażli- wością, podświadomością oraz bezustanną, a zarazem selektywną interakcj ą, z jego przeszłością oraz otoczeniem, w niewielkim stopniu -jak sądzę - dają s ię opisać przez liniową superpozycję możliwości. Zauważmy też, że „pole" ludzkiej wolności zostało „zaburzone" przez grzech pierworodny, owe Pawłowe „... czynię to, czego nie chcę...". Jak ująć to w „teologii kwantowej"? Czy zatem nie jest tak, że ten bez wątpienia bardzo ciekawy opis w języku kwantowym uzyskujemy przez przyjęcie wielu założeń, które w istotnym stopniu redukują przestrzeń ludzkiego doświadczenia?
Z podobnych względów uważam za wielce inspirujące, ale i niosące ryzyko, używanie pojęć z teorii systemów w odniesieniu do doktryny o Mistycznym Ciele Chrystusa. Używamy tu bowiem - ale słuchacz może o tym łatwo zapomnieć - metafory, a nie analogii. Relacja „bycia w Chrystusie" św. Pawła jest bez porównania bogatsza niż „bycia w Systemie-Chrystus". By móc używać takich porównań bez obawy, trzeba by dowieść izomorficzności obu opisów, podobnie jak Paweł VI pozwolił w Misterium fidei na używanie teorii transsignifikac=ji i transfinalizacji do opisu przemiany eucharystycznej, ale jedynie pod warunkiem ukazania ekwiwalencji owych teorii z przemianą na poziomie ontologicznym — transsubstancj acj ą.

Jacyna-Onyszkiewicz. Bardzo dużo zarzutów skierowano pod adresem poglądów wyrażonych w moim referacie. Pełna odpowiedź na nie wymagałaby sporego wykładu - to oczywiście jest w tej chwili niewykonalne. Pierwszy zarzut wiąże się z wypowiedzią ks. Biskupa Źycińskiego - „Bóg do zapychania szczelin naszej niewiedzy". Oczywiście takie postępowanie jest nadzwyczaj ryzykowne i w prze- szłości przyniosło wiele szkody. Daleki byłbym od stosowania jakichkolwiek kry- teriów fizycznych dotyczących rozstrzygnięć co do natury Boga - kim On jest. Bóg, który jest wszechwiedzącą miłością, w prezentowanym modelu nie służy do zapychania luk w naszej niewiedzy, ale jest sensem istnienia Wszechświata i jego ontycznym fundamentem. W tym modelu Bóg nieskończenie przekracza świadomości skończone i wszystkie istniejące wszechświaty oraz jednocześnie jest bliżej mojego ciała niż ja sam, ponieważ wszystko istnieje w „liniowej przestrzeni" świadomości nieskończonej utożsamionej z Bogiem Trójjedynym.
Drugi zarzut - to mieszanie obszarów wiedzy. Jeden z nich dotyczy bowiem przyrody, inny - Boga i Jego spraw. Uważam, że jest to tak wielopłaszczyznowy problem, że nie ośmielam się na to teraz odpowiedzieć: trzeba to przedyskutować w kuluarach.
Chciałbym natomiast powiedzieć, że termin, który tutaj ukuto, „teologia kwantowa" jest niewłaściwy i wysoce mylący. Jest to bowiem model teologiczny, który wykorzystuje pewien prosty formalizm matematyczny, mający, co prawda, ważne implikacje dotyczące teorii kwantów, ale w swej istocie jest to model metafizyczny. Dopiero gdy interesujemy się procesami fizycznymi, które opisy- wane są wielkościami liczbowymi, uzyskujemy z tego modelu sugestie, w jakich matematycznych ramach powinna być wyrażona fundamentalna teoria fizyczna. Oczywiście nie możemy wykluczyć, że przyszła poprawna podstawowa teoria fizyczna przekroczy te ramy. Ale moim zdaniem jest to nadzwyczaj mało prawdopodobne. Pewne argumenty fizyczne i kosmologiczne pozwalają przypuszczać, że pod tym względem fizyka dotarła do dna poznania. Nie ma na to pewnych dowodów, ale sądzę, że tak pozostanie na zawsze. Szczegóły teorii fizycznych będą się oczywiście zmieniać, ale jej kwantowe ramy pozostaną na stałe.
Trzeci poważny zarzut dotyczy liczby osób uczestniczących w miłości. W tym miejscu nie mogę zgodzić się z Ojcem Maciejem, ponieważ jestem pewien, że miłość to relacja pomiędzy dwiema osobami. Jest rzeczą zrozumiałą, że mogę kochać jednocześnie swojego ojca i swoją matkę, ale są to dwie miłości:
pomiędzy mną i ojcem oraz mną i matką. Miłość nie jest relacją między jednostką a tłumem, ale relacją między dwiema osobami. W Apokalipsie św. Jana (Ap 2.17) czytamy, że człowiek dostanie biały kamyk, na którym będzie napisane jego nowe imię znane tylko jemu i Jezusowi. Miłość zatem to jest oddziaływanie „parowe". Miłość może być nieodwzajemniona czy kulawa (można kochać konia czy pieniądze), ale zaproponowany w referacie warunek konieczny miłości dotyczy miłości idealnej, bo dotyczącej Boga, od którego nic doskonalszego nie da się pomyśleć. Jest to oczywiście warunek bardzo uproszczony, którego istotę stanowi binarne pragnienie wzajemnego istnienia. Miłość wzbogaca świadomości skończone o nowe idee. Ponieważ Bóg jest świadomością nieskończoną, miłość nie wzbogaca Go, ale wyraża się w trzeciej świadomości nieskończonej. Jest to wyjątkowa sytuacja, dotycząca tylko miłości świadomości nieskończonej. Ale także w Bogu są to relacje „parowe", np. Bóg Ojciec miłuje Syna w Duchu Świętym i Syn miłuje Ojca w Duchu Świętym; Bóg Ojciec miłuje Ducha Świętego w Synu, itd. Jest jeden Bóg, ponieważ istnieje jedna wszechwiedza. Bóg jest Miłością, ponieważ każda z Trzech Osób Trójcy Świętej jest wyrazem miłości dwóch pozostałych. Z warunku koniecznego istnienia miłości wynika, ze trzy Osoby Boskie będące świadomościami nieskończonymi są pełnią miłości nie mogącą nie istnieć.
Jest rzeczą zrozumiałą, że dowolny model musi opierać się na jakichś przyjętych założeniach. Uważam, że aksjomat: Bóg jest miłością, jest najgłębszym i najdonioślejszym możliwym założeniem. U progu czasów nowożytnych dzięki eksperymentom i matematyce część filozofii przyrody przekształciła się w fizyka. Sądzę, że tutaj mamy sytuację tylko trochę podobną. W teologii rolę danych doświadczalnych pełni Objawienie, stanowiące pewnik naszej wiedzy. Na tej podstawie wprowadzona została pewna struktura matematyczna. Wydaje się dość karkołomnym przedsięwzięciem wprowadzenie matematyki do teologii, ale o dziwo daje to pewne ograniczenie na strukturę matematyczną fundamentalnych teorii fizycznych. Myślę, że jest to rezultat godny zastanowienia. Nie oznacza to jednak powstania „teologii kwantowej". Dla mnie było dużym zaskoczeniem, że podstawy teorii kwantów, stanowiące niewzruszony fundament współczesnej fizyki, nie wynikają z jakichś głębokich hipotez filozoficznych, ale mogą wynikać z chrześcijańskiej prawdy o Bogu.
Nauki przyrodnicze, głównie fizyka, pokazują, że bez opisu matematyczneg.o nie jesteśmy w stanie zrozumieć przyrody na odpowiednio wysokim poziomie. Bez matematycznego modelu przyrody nie wiemy, co mierzyć, jak mierzyć oraz jak interpretować uzyskane rezultaty. Bez matematyki nie potrafimy takż:e prognozować przebiegu zjawisk. Filozofia natomiast stosuje tylko wyspecjali- zowany język potoczny. Dlatego, moim zdaniem, nie jest w stanie uchwycEć pewnych subtelności dotyczących nie tylko tego świata, ale i spraw głębszych. Uważam, że brak modeli matematycznych jest głównym grzechem filozofii i teo- logii, uniemożliwiającym dokonanie w tych naukach wyraźnego postępu.

Janik. Tego, że wprowadzamy matematykę, nie należy traktować jako czegoś nie pasującego do transcendencji. Matematyka w referacie Pana Profesora Jacyny-Onyszkiewicza jest językiem. Mogę mówić o matematyce w klasycznym jej pojmowaniu, jeśli chodzi o systemy fizyczne, na przykład o atraktorach takich systemów można mówić nie tylko matematyką jako językiem, ale i matematyką jako rachunkiem, natomiast to, co ekstrapolowałem w moim wykładzie, było tylko przez analogię, matematyka nie była (jeszcze?) użyta.
W moim referacie nie usiłuję wywołać wrażenia, że to jest jakieś odkrycie Ameryki, z którego filozofowie i teologowie nie zdawali sobie sprawy, a dopiero fizyk im tłumaczy, co to znaczy „System-Chrystus". Oczywiście tak wcale nie jest. Gdy ja mówię „System-Chrystus", to nie znaczy, że ja tutaj pouczam Państwa, kim jest Chrystus, lepiej, niż pouczył sam Chrystus w Piśmie Świętym. W referacie chodziło mi głównie o wytłumaczenie tego tajemniczego dosyć słów- ka „w" („żyjemy w Nim, umieramy w Nim"). Może to jest wyważanie otwartych drzwi.
Ojciec Maciej Zięba mówił o niemieszaniu dziedzin. Takim filozofem, który nie pozwala fizykom sięgać do filozofii, i na odwrót -jest chyba Krąpiec. Mnie się wydaje, że z chwilą gdy fizyk zaczął się zastanawiać nad tym, co to znaczy „cząstka istnieje" - to nie ma rady. Musi się oczywiście filozofii nauczyć, nie może być dyletantem, ale chyba ma prawo do ingerencji.

Stróżewski: Zacznę od referatu Profesora Janika, pod którym podpisuję się bez zastrzeżeń. Wydaje mi się, że to, co Pan Profesor powiedział, jest ogromnie przekonywające, zwłaszcza jeśli chodzi o pierwszą część referatu. Jeżeli coś chciałbym dopowiedzieć, to może w charakterze tła - tła historycznego, które może na coś się tutaj przyda. Gdy chodzi o samo pytanie, czy mikrosystem jest, czy istnieją cząsteczki — mnie się wydaje, że odpowiedź jest pozytywna: one istnieją. Natomiast to, co nas niepokoi i czego musi się teraz filozof nauczyć, pytając fizyka, dotyczy tego, jak owe cząsteczki się prezentują, jak się objawiają. Chodzi o sposób istnienia tych cząsteczek, modus existendi, i słusznie Pan Profesor stwierdził, że tu nie obejdzie się bez nawiązania do problematyki czasu, z tym, że to, co najciekawsze w problematyce czasu w filozofii, było wypracowane nie na gruncie zjawisk fizycznych (zwłaszcza w zakresie mikroświata), lecz w zakresie świadomości czasu. Tak było u Bergsona, u Husserla, wreszcie u św. Augustyna, od którego to wszystko się zaczęło. Edyta Stein nawiązała do jednego z punktów teorii czasu u Husserla, tego „ostrza noża". Ono jest w Wyznaniach Augustyna, tam się pojawiło po raz pierwszy. I my ciągle operujemy dwiema koncepcjami czasu. Jedna, że jedynie teraźniejszość aktualnie istnieje, tak jak św. Augustyn, przepięknie zresztą opisuje -jakby nieustannie biegnąca grobla między przepaściami istnienia przeszłości i nieistnienia przyszłości; druga - koncepcja Bergsonowska, gdzie TERAZ, to NUNC Pana Profesora, jest w stanie skondensować w sobie nie tylko „nunc", ale zawrzeć w sobie w pewnym sensie doświadczenie przeszłości i w pewnym sensie doświadczenie przyszłości To jest,
nawiasem mówiąc, koncepcja najbliższa Husserla, który precyzuje Bo doświadczenie wprowadzając pojęcia „retencji" i „protencji". Retencja to żywa pamięć, nie pamięć sensu stricte, wymagająca aktu refleksji, by przywołać to, co było, ale to jest to, co z najbliższej przeszłości mam w tej chwili, co pozwala mi myśleć i mówić. Gdyby nie było retencji, nie mógłbym posługiwać się ciągiem jakiegokolwiek myślenia czy mówienia. Ale Husserl nie transponowal tego doświadczenia czasu na teren fizyki, zwłaszcza fizyki molekularnej; to, co Pan Profesor zrobił, wykazując, że to się tam także nadaje, jest istotnym novum w tej sprawie. Redukcja pakietu falowego to jest właśnie to „nunc".
Jeśli wolno mi jeszcze jedną uwagę zrobić, może się na coś przyda. Kiedyś zaproponowałem rozróżnienie, które mnie się przydawało, gdy analizowałem! problematykę twórczości. Mianowicie rozróżniłem „przeszłość" i „to, co prze- szło" oraz „przyszłość" i „to, co przyszłe". Ja, żyjąc w „nunc", mam nieustanne doświadczenie istnienia w przeszłości i istnienia w przyszłości. Dla mnde przeszłość istnieje i przyszłość jakoś istnieje, ale nie ma tego, co przeszłe, i nie ma tego, co przyszłe. Bitwy pod Grunwaldem już nie ma: stała się i zniknęła;
jakiejś tam nieszczęsnej bitwy między Chorwatami a Serbami jeszcze nie ma, a3e prawdopodobnie będzie, i gdy do niej dojdzie, stanie się aktualnym „nunc". Przyszłość, jako doświadczenie istnienia, jest czymś, co istnieje.
Odnośnie do tego, co Pan Profesor mówił o odmiennym zachowaniu się neutronu, gdy jest w wiązce, a odmiennym, gdy jest w jądrze, cała ta proble- matyka systemu, jaka tu została wprowadzona, jest niesłychanie interesująca, niepokojąca filozofów. O. Bocheński uczynił kilka niezwykle interesujących uwag na temat systemu (że trzeba odróżnić system od struktury), itd. Ale to, co mnie interesuje i o co chciałbym zapytać Pana Profesora: jak można przynajmniej hipotetycznie wytłumaczyć to, że całość działa na część? Bo myśmy się przyzwyczaili, a jest to zasługa Kartezjusza, analizując całości, badać, jak część działa na całość. Jedni mówią, że całość to jest tylko zbiór cząstek, nic poza tym, a inni, jak psychologowie postaci, że całość to jest więcej aniżeli suma sktadn i- ków. Mnie się wydaje, że jest problemem nader ważnym, jak to, co jest systemem, wpływa na poszczególne części. To wydaje mi się godne dalszych badań, bo na przykład elektron tu się zachowuje inaczej, a tam - inaczej.
Dwa słowa jeszcze o odczycie Pana Jacyny-Onyszkiewicza. Podzielam niepo- koje moich Poprzedników, ale powiem jeszcze tylko tyle, że w młodości przejąłem się ogromnie Dionizym Areopagitą i dlatego zdaje mi się, że teologEa negatywna to coś, czego musimy się, jeśli nie trzymać, to mieć na oku. Św. Tomasz też ciągle powtarzał, że tak naprawdę to my o wiele więcej nie wiemy o Bogu, niż wiemy. Ale jedna rzecz bardzo mi się tu podobała, a mianowicie punkt wyjścia, że Bóg jest miłością; były różne punkty wyjścia, gdy mówiono o istocie Boga, o stosunku Boga do świata, że Jedność, że Dobro .... Mnie się wydaje, że ten punkt wyjścia jest przede wszystkim źródłowo chrześcijański. Natomiast co mi się nie podoba, to ten wniosek immaterialistyczny. Żeby to podeprzeć dwoma argumentami:
1) Z doświadczenia wewnętrznego: my jednak jesteśmy przeświadczeni o naszej psychofizycznej naturze i zupełnie inaczej przeżywamy naszą świadomość i to, co jest jej najprawdopodobniej szym podmiotem, tj. duszę, która jest nam jakoś dana, a inaczej ciało, które dane nam jest ze wszystkim, co jest w nim kochane i czego w nim nie lubimy (bo ono nas jednak ogranicza), itd., itd. To zwykliśmy nazywać materią. Ale świadomi jesteśmy i świadomości (duszy), i ciała (materii). A także ich jedności w nas. Gdyby tak było, jak Pan Profesor twierdzi, to byśmy musieli się zgodzić, że są dwa różnego rodzaju szeregi przeżyć: jedne prowadzące do czysto świadomościowych doświadczeń, a inne do pozaświadomościowych, które byłyby materialne.
2) Dziś zgodnie powołujemy się na Pismo Święte; niech i mnie będzie wolno zacytować jedno zdanie z niego, dosyć ważne, bo pojawiło się na samym począt- ku: „Na początku Bóg stworzył niebo i ziemię". Ziemia to nie byle co... Tak łatwo bym nie rezygnował z tej materialności.

Ojciec Święty. Czy te analizy nie są stale prowadzone pod kątem raczej bycia niż bytu? Czy czasowość nie spycha nas w stronę bycia? Niejako oskarża substancję, że to jest jakiś abstrakt? Jakaś statyka, która jest niezgodna z rzeczywistością wewnętrzną, rzeczywistą, egzystencjalną? Rzeczywistość nas pcha w stronę bycia, natomiast metafizyka klasyczna jak gdyby bycie pozostawia na boku, a koncen- truje się na abstrakcji.

Stróżewski: Czy to musi tak być? Mnie się wydaje, że te dwie rzeczy są do uzgodnienia. Są jakieś dwa doświadczenia, a bycie jest chyba wcześniejsze.

Ojciec Święty. Właśnie. Niezależnie od tego, że było, a nie jest, czy nie było, a jest, będzie, a jeszcze nie jest - to przez cały czas trwa świadomość, że wciąż jest jakiś podmiot tego wszystkiego. To jest wielka zasługa Arystotelesa, Tomasza, to substancjalne widzenie rzeczywistości.
Stróżewski: Mógłbym tu jeszcze jednego filozofa przywołać. Dokładnie tak samo twierdzi Ingarden. On rozróżnia procesy i rzeczy istniejące w czasie i mówi, że pierwotne są rzeczy istniejące w czasie. One są podłożem tego, co jest procesem w czasie lub wydarza się w czasie jako zdarzenie. Tu Ojciec Święty poruszył ogromnie ważny problem, ponieważ on dotyczy samej pierwotności i podstawowych kategorii metafizycznych, które są naprawdę pierwotne, a ta pierwotność może z kolei oznaczać także pierwotność doświadczenia. Kto wie, czy pierwotność bycia czy doświadczenia nie jest życiowo wcześniejsza, natomiast fundamentalne jest to, do czego dochodzimy w wyniku pewnych operacji intele- ktualnych, chociażby, jak chciał św. Tomasz, separacji, której punktem wyjścia jest także istnienie, o czym niekiedy tomiści zapominają. Tu nie chodzi o sąriy egzystencjalne, jak myśli O. Krąpiec. Nie, sądy egzystencjalne to rzecz póź- niejsza. Natomiast samo doświadczenie istnienia i tego, co jest istnieniem czegoś. To jest kapitalny problem podniesiony przez Ojca Świętego, i nie obejdzie się kiedyś bez dokładnego zanalizowania go.

Janik-. Czy samo pojęcie czasu jako tempus nie zawiera już tej egzystencjalnej interpretacji? Sukcesywne doświadczenie bycia?

Stróżewski: Problem jest inny: czy bycie redukuje się do bycia w czasie? Pan Profesor powie, że nie, bo jest i aevum, i wieczność, itd. Ale czy jest możliwe takie doświadczenie czystego istnienia, że nie popada się w czasowość? Heidegger zaczął od analizy czystego bytu, Sein, a potem ześlizguje się w analizę czasu (co mu Edyta Stein zarzuca, powołując się na Conrada Martinsa). My nie potrafimy z łatwością doświadczyć czystości esse- może to jest niemożliwe?

Ojciec Święty: A jeszcze dla Kanta i czas, i przestrzeń to są formy aprioryczne.

Janik: Na końcu Pan Profesor zadał pytanie, jak to jest z częścią i całością. Czy całość jest tylko sumą części? Nie. Ale w skrajnie redukcjonistycznym podejściu jest sumą części. Wyobraźmy sobie coś, co właściwie nie miałbym prawa nazwać systemem - kupę kamieni - to nie jest żaden system. Ale mogę napisać hamiltonian, czyli operator energii dla takiego „systemu", i ten hamiltonian będzie po prostu sumą hamiltonianów cząstkowych, poszczególnych części. Wtedy całość jest zredukowana do sumy poszczególnych części. Natomiast odpowiadając na pytanie Pana Profesora językiem matematyki: w rzeczywistości hamiltonian nie jest sumą hamiltonianów cząstkowych, tylko zawiera wyrazy mieszane: każdy ma współczynnik, który oznacza sprzężenie. Gdy wprowadzimy sprzężenie, czyli oddziaływanie między cząstkami, wychodzi, że to, co przedtem traktowaliśmy jako zwykłą sumę, nie jest sumą.

Jacyna-Onyszkiewicz. Wracając do kwestii stworzenia, poruszonej przez Prof. Stróżewskiego, który powiedział: ponieważ „na początku Bóg stworzył niebo i ziemię" (Rdz 1.1), to trudno zgodzić się z wnioskami immaterialistycznymi, pragnę zwrócić uwagę, że gdy mówię o rzeczach, iż zaczynają lub przestają istnieć, to nie rozumiem przez to ich stosunku do Boga, ale stosunek do świadomości skończonych. Bóg jako świadomość nieskończona zna wszystkie rzeczy odwiecznie lub, co na jedno wychodzi, istnieją one potencjalnie w świadomości nieskończonej. Kiedy zaś rzeczy niedostępne dla świadomości skończonych stają się dla nich postrzegalne mocą wolnej decyzji Boga, mówimy wówczas, że zaczynają one istnieć. Innymi słowy, zostają one zaktualizowane. Czytając więc biblijny opis stworzenia świata rozumiem, że poszczególne fragmenty świata stawały się stopniowo postrzegane przez świadomości skończone (niekoniecznie ludzkie). W Piśmie Świętym nie ma wzmianki o materii -czyli o istniejącej poza świadomością, bezwładnej, zdolnej do poruszania się substancji. Obecnie istniejące urządzenia, generujące tzw. rzeczywistość wirtualną, które odtwarzają rzeczywistość tylko na podstawie ciągów informacji dostarczanych do naszej świadomości, sugerują, że istnienie materii jest zbędne. Stosując więc zasadę ekonomii myślenia, zwaną „brzytwą Ockhama", rozsądne jest odrzucenie istnienia pasywnej materii.
Uważam, że mamy dwa rodzaje doświadczeń związanych z naszym świadomym istnieniem. Posiadamy bowiem idee, które są wytworem naszego umysłu, oraz idee dostarczane do naszej świadomości niejako z zewnątrz. Te drugie idee dostarczane nam przez Boga w sposób skorelowany i uporządkowany odbieramy, podobnie jak w rzeczywistości wirtualnej, jako wrażenia zmysłowe.
Kosmologia kwantowa w pewnym sensie opisuje istnienie bez bycia, o którym wspomniał Ojciec Święty. Według kosmologii kwantowej, na początku Wszechświat istniał w stanie aczasowym. Taki stan potrafimy opisać pewnym równaniem liniowym, które nie zawiera czasu. Nosi ono nazwę równania Wheelera-De Witta. Zgodnie z tym równaniem, czas pojawił się dopiero na pewnym etapie ewolucji Wszechświata i prawdopodobnie zniknie przy jego końcu. W tym ujęciu więc czas, jako parametr numerujący stany, jest czymś wtórnym. Zatem bycie w czasie jest również czymś wtórnym w stosunku do istnienia rozumianego w sensie klasycznej metafizyki. Równanie Wheelera-De Witta opisuje liniową superpozycję określonego zbioru zamkniętych wszechświatów. Stojąc ściśle na gruncie ortodoksyjnej interpretacji teorii kwantów, aktualizacja jednego z możliwych wszechświatów nastąpiła dopiero z chwilą, gdy we wszechświecie pojawiła się jakaś świadomość -chyba że tą świadomością był transcendentalny względem wszechświata Bóg, który doprowadził do aktualizacji naszego Wszechświata.
Reasumując, ja nie przeczę, że Bóg stworzył świat, tylko że stworzenie jego i „tworzywo", z którego jest zbudowany, są bardziej subtelnej natury, niż to się powszechnie sądzi.

Źyciriski. Sądzę, że „bycie w systemie" i „bycie w Chrystusie" nie są banalme. Popatrzmy, jak to fascynowało św. Pawła w Dziejach Apostolskich (11, 2S): „W Nim żyjemy, ruszamy się i jesteśmy" -była to pierwsza treść tego posłania. Wydaje mi się, że jest różnica w „byciu w systemie" na poziomie osoby. Osoba może transcendować system, i tu jest wielki argument przeciw wszelkim relatywizmom i tym nurtom, które chciałyby relatywizować nas do systemu. Już na poziomie fizyki to nie jest prawda, bo nieprawdą jest, że „wszystko na poziomie fizyki jest względne". Prawa przyrody nie są względne, są niezmiennikami, tzn. nie zależą od układu odniesienia. Co do osoby - to od jej osobowego podejścia zależy, czy ona będzie determinować system, czy będzie zależna od systemu. Tu się chyba zgadzamy?

Janik. Faktycznie, mówienie o systemie per analogiam może być tak wątpliwe, że nie ma o czym mówić. Ale z drugiej strony, wydaje mi się, że może nie jest tak, i utwierdza mnie w tym referat (tu w Castel Gandolfo) sprzed paru lat Profesora Rudniańskiego, który w bardzo przekonywający sposób potrafił podejść do psychologii głębokiego „ja”, reprezentowanej przez filozofię Indii. Ojciec Proffesor Krąpiec stwierdził po tym referacie, że to wszystko już jest u św. Pawła. Tak, ale to było powiedziane przez Rudniańskiego innym językiem i bardzo wyraźnie używając pojęć teorii systemów. Naturalnie jest bardzo trudno mnie, jako fizykowi, o tym mówić, bo ja jako fizyk nie mam w moim zakresie pojęć na przykład cierpliwości, wyrozumiałości, dobroci czy miłości, jako elementów jakiegoś systemu.

Życińskr. Jest potrzebny język matematyczny, by wyrazić pewne prawdy, nawat teologiczne. Istnieją pewne typy umysłowości, do których to trafia, a do innych nie. Znam przykład, niestety smutny, gdzie ks. Heller przeprowadził w PAT doktorat kogoś, kogo przed laty usunięto z nowicjatu, bo przedstawił dowód matematyczny na istnienie duszy. Mistrz nowicjatu był tak uprzedzony, że sądził, iż matematyka zajmuje się tylko opisem materii. Nowicjusz musiał zmienić zakon, ale doszedł do doktoratu. Tu jest miejsce na matematykę, a jeżeli mówimy o teologii kwantowej, to mówimy z przymrużeniem oka. Jeżeli czegoś bym się bał właśnie w teologii i mechanice kwantowej, to wyprowadzania wniosków przyrodniczych z teorii teologicznych. Na poziomie filozofii się nie boję, to filozofia musi przystawać do teorii przyrodniczych. Teologia wychodzi bardzo daleko poza te teorie.
Kiedy na poziomie teologii zaczynamy Panu Bogu określać, jakimi prawami miał się rządzić, gdy stwarzał świat, to jest to dla mnie zbyt ryzykowne. Bo ostatecznie Pan Bóg mógłby stworzyć zupełnie inny świat, z zupełnie innymi prawami przyrody, i musielibyśmy się z tym pogodzić. Nasza logika tak często zawodziła w naszych oczekiwaniach. Izraelici czekali, aż przyjdzie Mesjasz i uwolni kraj. A On przyszedł i płakał, myśląc o gruzach Jerozolimy. Ten Mesjasz był zupełnie inny niż oczekiwany. Przyszedł na ziemię i 30 lat spędził w zabitym deskami Nazarecie - to zupełnie inny Mesjasz, niż zdrowy rozsądek sugerowałby, niż oczekiwałaby nasza logika; gdy już przyszedł, to niech już zrobi jakieś sympozjum, niech wytłumaczy, niech sprecyzuje pojęcia, żeby potem teologowie się nie kłócili. I tu - Zbyszek mi to potwierdził - wyszła mu konieczność Trójcy Świętej z definicji i pojęć. Sądzę, że Pan Bóg, gdyby chciał, mógłby mieć dowolną liczbę osób i musielibyśmy się z tym pogodzić, bo po prostu nasze definicje wymagałyby modyfikacji. Natomiast wtedy, gdy my usiłujemy narzucić Panu Bogu logikę, wtedy pojawia się pierwszy problem metodologiczny, że logika wiary jest przede wszystkim nieliniowa. Wtedy nasze logiczne wywody trzeba umieć ocenić krytycznie.
Z historii teologii przypominam sobie, jak w XVIII wieku jeden z Anglików dowodził, że dowodem empirycznym na Opatrzność Bożą jest to, że w Anglii rodzi się taka sama liczba dziewcząt co chłopców, aby każda dziewczynka miała chłopca do wyjścia za mąż w odpowiednim czasie. Ta empiria w połączeniu z tezą teologiczną była ryzykowna. Z drugiej strony sam spotkałem tego rodzaju rozumowanie u ateisty, gdy spotkany na spacerze dziadzio tłumaczył wnuczce: „Widzisz, Pana Boga nie ma, bo piorun uderzył w kapliczkę". Gdyby Pan Bóg był, pioruny nie uderzałyby w kapliczkę. Rozumowanie proste, na skutek nadmiernej wiary w liniowość logiki.
Dlatego dla mnie czymś szalenie ważnym są terminy podstawowe, jakie wprowadzamy przy próbach zmatematyzowanej ekspresji prawdy o Bogu. Bóg jest miłością - pojęcie miłości jest podstawowe poza wszelką dyskusją. Jeżeli wprowadzi się jeszcze pojęcie świadomości, ale bez pojęcia osoby, to wtedy otrzymujemy jakąś husserlowską albo neoplatońską świadomość. John Leslie, kanadyjski kosmolog, przyjmuje, iż Bóg istnieje, ale jest energią, a innego Boga nie ma, tylko forma energii immanentna w przyrodzie. Bardzo daleko stąd do Boga Ewangelii. Jest to raczej ...

Stróżewski: Nous neoplatoński, emanat nieosobowy ...

Życińskr. Tu widziałbym konieczność wprowadzenia Osoby Boskiej, jako pojęcia podstawowego, a potem to, co Ojciec Święty wspomniał - pojęcie daru, podstawowego dla międzyosobowych relacji.

Janik. Panowie mówią o koncepcjach, natomiast jeżeli pominiemy aniołów, o których tak wiele nie wiemy, to mamy ludzi i Boga, i ich świadomość jest bezpośrednio związana z osobowością, czyż nie?

Zięba. Teologia podpowie nam, że niebezpieczeństwem takiego podejścia jest zgubienie pewnego radykalizmu odmienności człowieka od innych stworzeń. Nauka strukturalnie symplicyzuje złożony, skomplikowany i niepowtarzalny sposób istnienia osoby poprzez uogólnienia i nieuniknioną redukcję nieskończonej wielowymiarowości człowieka. Sobór przypomni, że „człowiek jest jedynym stworzeniem, które Bóg pragnął dla niego samego". Pragnął go tak usilnie, że - cytując Przekroczyć próg nadziei -„w Chrystusie Bóg posunął się niejako za daleko". Mówiąc o człowieku stale musimy pamiętać, że mówimy o kimś jednostkowym, nieprzewidywalnym i znacząco odmiennym od reszty świata opisywanego przez naukę. Jest to jeden powód istotowej nieadekwatności języka nauk ścisłych w mówieniu o osobie, ale jest też i inny. Jeżeli bowiem tak w fizyce relatywistycznej, jak i w mechanice kwantowej możemy mówić o istotnym kryzysie podejścia substancjalnego -jako niezmiennego jądra, podłoża własności - to choć mówiąc o człowieku, z jednej strony, musimy podkreślić jego niepowtarzalność, to zarazem, ze strony drugiej, możemy o nim też mówić jako o niezmiennym podłożu własności, w znaczeniu Arystotelesowskim. I w dzisiejszym świecie, który poddaje człowieka najprzeróżniejszym determinizmom: psychologicznym, kulturowym czy socjologicznym, ma to istotne znaczenie.

Koj: Czy mogę poprosić o odpowiedź na pytanie, które się nasunęło przy słucha- niu referatu Prof. Janika: kwestia stopni istnienia obiektów w mikroświecie i makroświecie: czy nie można tego zmienić? Zamiast stopni bycia, sposoby istnienia.

Janik. W tekście pisanym dlatego była mowa o stopniach istnienia, że chodziło o „więcej być" i „mniej być" (co Ojciec Święty używa przy kwestiach moralnych). W obiektach kwantowych, które może mają mniej bycia niż obiekty makroskopowe, ma miejsce tylko ta różnica w stosunku do obiektów makroskopowych, że obiekt makroskopowy ustawicznie bombarduje nas informacjami w postaci fotonów na dowód, że jest, natomiast obiekt mikroskopowy wcale albo tylko raz. Edyta Stein wprowadza termin Wassein w znaczeniu szerszym niż po prostu bycie, ale niekoniecznie w znaczeniu „mniej być" czy „więcej być".

Koj:. Jeszcze komentarz o mechanice kwantowej i świadomości. Parę tygodni temu wpadła mi w rękę książka angielskiego matematyka i fizyka Rogera Penrose, Shadows o f the Mind - Cienie duszy. On usiłuje tłumaczyć świadomość na podstawie redukcji pakietu falowego, który miałby następować w pewnych strukturach komórkowych neuronu - czyli, innymi słowy, wychodząc od teorii kwantowej można dojść do próby materialistycznej interpretacji świadomości. Tu byłoby przejście od mechaniki kwantowej do biologii komórki.

Jacyna-Onyszkiewicz. Znam koncepcję Penrose'a. Zgodnie z jego hipotezą, w przyszłej kwantowej teorii grawitacji będzie miejsce na obiektywną teorię redukcji superpozycji stanów, niezależną od wszelkich koncepcji świadomości. Penrose przypuszcza, że ilekroć czasoprzestrzeń jest dostatecznie silnie zakrzywiona, przestaje obowiązywać zasada liniowej superpozycji stanów i liniowa superpozycja potencjalnie możliwych wektorów stanów ustępuje miejsca zbiorowi prawdopodobieństw tych stanów, z których aktualizuje się jeden. Sądzi on, że w ten sposób przyszła nieliniowa kwantowa teoria zakrzywionej czasoprzestrzeni opisująca grawitację wyjaśni w sposób „materialistyczny" problem świadomości. Przeciw hipotezie Penrose'a można, jak sądzę, wysunąć kilka zarzutów. Między innymi taki, że problem ewentualnej nieliniowości teorii kwantów badany jest eksperymentalnie od około 20 lat. W tym czasie dokładność pomiarów wzrosła ponad milion razy i nie zaobserwowano żadnych odstępstw od liniowości superpozycji stanów. Ponadto, obecnie istnieje już teoria, która jest bardzo dobrą kandydatką na kwantową teorię grawitacji. Mam na myśli teorię heterotycznych superstrun. Teoria ta unifikuje ogólną teorię względności i teorię kwantów bez naruszania liniowości superpozycji stanów. Steven Weinberg, współtwórca zunifikowanej teorii oddziaływań elektrosłabych, laureat nagrody Nobla, który zajmował się skonstruowaniem nieliniowego wariantu teorii kwantów, stwierdził, że wszystkie takie próby prowadzą do logicznych absurdów. Wbrew tej opinii Roger Penrose ma nadzieję, że kiedyś rozsądny, nieliniowy wariant teorii kwantów zostanie zaproponowany. Ja w to nie wierzę, a bez tego nie można nawet marzyć o zaproponowaniu „materialistycznej" teorii świadomości rozwiązującej problem psychofizyczny. Jak wiadomo, problem ten koncentruje się na dwóch zagadnieniach: jak to jest możliwe, że materialny mózg staje się świadomy? i na odwrót: jak to możliwe, że wola świadomości wpływa na fizycznie uwarunkowane działania naszego ciała? Jest rzeczą oczywistą, że w immaterialnym modelu rzeczywistości problem psychofizyczny się nie pojawia.
Przypuszczam, że ten dość silny atak na moje poglądy dotyczące fundamentów rzeczywistości ma swoje główne źródło w różnicach językowych.
Dlaczego wychodzę w swoim referacie z aksjomatu: Bóg jest miłością, a nie od Osoby Boskiej jako pojęcia podstawowego? Po pierwsze uważam, że świadomości są osobami dopiero w miłości. Nie ma „ja" ani „ty", gdy nie ma „my", będącego wyrazem wzajemnego obdarowania się w miłości. Po drugie, mnie ta prawda zachwyciła już w młodości, a zwłaszcza wtedy, gdy poznałem obecną tu moją żonę. Uważam, że prawda ta ogromnie wiele wyjaśnia, Filozofia stara się drogą analizy struktury bytów makroskopowych i naszej psychiki dojść do pewnych koncepcji Boga jako Absolutu. Ewangelia natomiast wykłada „kawę na ławę", kim jest Bóg, i prawdę tę poświadcza w niewiarygodny sposób przez krzyż i zmartwychwstanie Jezusa. Uważam, że to, co dzisiaj przedstawiłem, to nic innego, jak próba, może bardzo nieudolna, zapisania Ewangelii w języku innym niż język potoczny. Oczywiście, każda próba zapisania rzeczywistości, która nas przerasta, musi polegać na radykalnych uproszczeniach. Dlatego definiuję tylko warunek konieczny wyidealizowanej, odnoszącej się do Boga miłości. Podobnie ostrożnie określiłem warunek konieczny istnienia świadomości.
Oczywiście byłoby rzeczą niebezpieczną, gdyby eksperyment fizyczny mógł sfalsyfikować określoną prawdę teologiczną. Jednak w naszym przypadku takiego niebezpieczeństwa nie ma, ponieważ gdyby okazało się, że teoria kwantów jest teorią nieliniową, to oznaczałoby tylko, że hipoteza o immaterialności Wszechświata jest nieprawdziwa, a nie na przykład, że Bóg nie jest miłością.
Stanowczo nie mogę się zgodzić ze stwierdzeniem: „że Pan Bóg, gdyby chciał, mógłby mieć dowolną liczbę osób, i musielibyśmy się z tym pogodzić". Nie mogę tego przyjąć, ponieważ jeżeli liczba osób w Bogu zależałaby od jego woli, to osoby te byłyby bytami przygodnymi, czyli nie miałyby fundamentainego atrybutu boskości - istnienia koniecznego. Tylko trzy świadomości nieskończone, będące we wzajemnej relacji miłości Osobami Boskimi, tworzą zupełny, sacnopodtrzymujący się w istnieniu byt nieprzygodny, który jest Bogiem w Trzech Osobach.
Uważam, że pojęcie wszechmocy Boga jest zbytnio absolutyzowane. Bóg objawiony przez Jezusa z Nazaretu, który jest miłością, nie może bowiem działać wbrew swej naturze, na przykład nie może sam się unicestwić ani istnieć w jednej, dwóch czy czterech osobach.


Z powrotem | Istnienie a świadomość