Bogdan Walczak
Każdy
język narodowy jest narzędziem, tworzywem i składnikiem kultury jego użytkowników.
W swoim rozwoju zdąża do tego, by swoją społeczną i funkcjonalną ekstensją
objąć całość życia zbiorowego społeczeństwa swoich użytkowników oraz
całość ich duchowej, intelektualnej i artystycznej, kultury. Jako tworzywo
narodowej literatury przechowuje i odzwierciedla całość historycznych doświadczeń
wspólnoty swoich użytkowników. Przede wszystkim jednak, na co w całej rozciągłości
i w sposób usystematyzowany zwróciło uwagę językoznawstwo kognitywne, jest
język dla swoich użytkowników pryzmatem, przez który postrzegają oni
otaczającą ich rzeczywistość. Wynikiem tego procesu oglądu rzeczywistości
przez pryzmat języka jest językowy obraz świata, czyli, jak to ujmuje Ryszard
Tokarski, „[...] zbiór prawidłowości zawartych w kategorialnych związkach
gramatycznych (fleksyjnych, słowotwórczych, składniowych) oraz w
semantycznych strukturach leksyki, pokazujących swoiste dla danego języka
sposoby widzenia poszczególnych składników świata oraz ogólniejsze
rozumienie organizacji świata, panujących w nim hierarchii i akceptowanych
przez społeczność językową wartości”. [i]
Każdy
język narodowy jest więc zakorzeniony w odrębnej kulturze społeczności
swoich użytkowników, którą współtworzy i współdeterminuje. Odwołajmy się
do przykładów trochę już zbanalizowanych częstym przywoływaniem, niemniej
jednak instruktywnych i wyrazistych. Polskiemu wyrazowi śnieg odpowiada
w języku Eskimosów kilkadziesiąt różnych wyrazów, nazywających różne
rodzaje śniegu. Eskimosi nie mogą zrozumieć, jak można jednym wyrazem nazywać
tak różne rzeczy jak śnieg padający (drobny i sypki albo ciężki, wilgotny,
sypiący wielkimi płatkami) i śnieg leżący na ziemi, śnieg świeżo spadły,
puszysty i śnieg zleżały czy udeptany, śnieg rozmiękły i śnieg zlodowaciały,
dający się rąbać w bloki, z których można zbudować igloo itp. Oczywiście
my też zdajemy sobie sprawę z istnienia różnych rodzajów śniegu, ale ich
rozróżnianie nie jest w naszych warunkach cywilizacyjnych i klimatycznych na
tyle istotne, byśmy musieli je nazywać odrębnymi wyrazami.
W języku
polskim mamy wyraz wielbłąd (notabene, jak dość często się zdarza w
wypadku starych nazw zwierząt egzotycznych, rezultat pomyłki czy
nieporozumienia: nasz wielbłąd, pierwotnie welbąd, przez gockie
ulbandus i łacińskie elephas (dopłeniacz elephantis) lub
raczej elephantus (dopełniacz elephanti) pochodzi z greckiego elephas
(dopełniacz elephantos), co, jak wiadomo, oznacza słonia: w trakcie wędrówki
wyrazu z greki do języka późnoprasłowiańskiego doszło więc do pomylenia słonia
z wielbłądem). Do wielbłąda możemy dodać wielbłądzicę
(udokumentowaną tekstowo i leksykograficznie) i wielbłądziątko (nie
wiem, czy ktokolwiek kiedykolwiek użył tego wyrazu w języku polskim – sądzę,
że tak, ale nawet gdyby było inaczej, wielbłądziątko jako formacja słowotwórcza
reprezentująca produktywny model jest potencjalnie w języku obecne, w każdej
chwili może być użyte i zawsze będzie zrozumiałe). Gdyby ktoś się uparł,
może jeszcze do tego dodać wyraz dromader ‘wielbłąd jednogarbny’
(bo o tego nam w tym przykładzie chodzi) – nowszą i bardziej specjalistyczną
pożyczkę francuską (francuskie dromadaire przez późnołacińskie dromedarius
pochodzi od greckiego wyrażenia dromas (dopełniacz dromados) kamelos
‘szybko biegnący wielbłąd). I teraz to już naprawdę wszystko. A tej
nielicznej grupce wyrazowej odpowiada w klasycznym języku arabskim około tysiąca
wyrazów nazywających różne rodzaje wielbłądów (jednogarbnych, bo te znali
i hodowali nomadzi arabscy) w zależności od płci, wieku, umaszczenia i
najrozmaitszych walorów użytkowych (a był dla Arabów wielbłąd zwierzęciem
wierzchowym i jucznym, dostarczał mleka i jego przetworów, skóry (wielorako
dalej wyzyskiwanej), mięsa, kości (służących do wyrobu różnych przedmiotów
codziennego użytku), opału (z wysuszonych odchodów) itp. Bez wielbłąda życie
na pustyni nie byłoby możliwe. Tak doniosły (gdyż rozstrzygający o
egzystencji koczowniczych plemion arabskich) element rzeczywistości wymagał
bardzo szczegółowej kategoryzacji i werbalizacji.
Kultura
społeczeństwa użytkowników języka przejawia się również w rozwoju
znaczeniowym wyrazów. Praindoeuropejski wyraz *ghostis ‘obcy,
przybysz’ odziedziczyli zarówno Rzymianie, jak Prasłowianie. Jednak w języku
łacińskim, w postaci hostis (zgodnej z właściwymi łacinie zmianami
fonetycznymi), ustalił się on w znaczeniu ‘przybysz niepożądany g
wróg’, natomiast w prasłowiańskim, w postaci *gostь, skąd
polskie gość (obie formy również zgodne ze stosownymi zmianami
fonetycznymi), pod względem znaczeniowym ewoluował odmiennie: ‘przybysz pożądany,
oczekiwany g
gość.’ nie ulega wątpliwości, że ten drobny, lecz znamienny szczegół
leksykalny odzwierciedla odmienny stosunek do obcych: niechęć i wrogość (płynącą
z poczucia wyższości) Rzymian, gościnność Słowian.
Jednak
nie tylko słownictwo konstytuuje właściwy danej społeczności językowy
obraz świata. W nie mniejszym stopniu uczestniczy w nim system gramatyczny. Właściwe
danemu językowi kategorie gramatyczne determinują postrzeganie i interpretację
świata przez społeczność użytkowników języka. Znany amerykański
etnolingwista Benhamin Lee Whorf przytacza w tym względzie wyrazisty przykład
z języka Indian Hopi. W trakcie prowadzonych przez Whorfa badań nad ich językiem
Hopi nie mogli zrozumieć, jak to się dzieje, że w języku angielskim równorzędnie
pod względem kategorialnym traktuje się takie wyrażenia jak cztery stoły,
cztery dziewczyny, cztery dni czy cztery kroki (angielskie four
tables, four girls, four days, four steps). Owszem, są
cztery stoły: można je ustawić obok siebie i policzyć: jeden, dwa, trzy,
cztery. Podobnie jest z dziewczynami: też można je ustawić obok siebie i
policzyć: jedna, dwie, trzy, cztery. Są więc cztery stoły i cztery
dziewczyny. Ale przecież nie ma czterech dni, bo gdy jest drugi, to pierwszy już
minął, a trzeci jeszcze się nie zaczął. Więc nie ma czterech dni: jest
tylko pierwszy dzień, drugi dzień, trzeci dzień i czwarty dzień. Podobnie
nie ma czterech kroków, bo gdy stawiam drugi krok, to pierwszy już należy do
przeszłości, a trzeci dopiero czeka na swoją kolej. Jest więc tylko pierwszy
krok, drugi krok, trzeci krok i czwarty krok. Benjamin Lee Whorf dopiero wówczas
sobie uświadomił, że Indianie Hopi dzięki strukturze swego języka odróżniają
coś, czego nie odróżnia język angielski ani żaden inny język europejski,
mianowicie odróżniają wielość w jednoczesności od następstwa w czasie. Języki
europejskie, również na skutek swojej struktury gramatycznej, utożsamiają te
dwie, zupełnie przecież różne, kategorie: używając kategorialnie takich
samych wyrażeń cztery stoły, cztery dziewczyny, cztery dni, cztery kroki
(liczebnik główny + rzeczownik w liczbie mnogiej), jesteśmy przekonani, że mówimy
o podobnych, porównywalnych rzeczach. [ii]
Odmienności
w zakresie językowego obrazu świata ujawniają się nie tylko przy
konfrontacji języków europejskich z językami – dla nas – egzotycznymi.
Wyglądając przez okno, mogę powiedzieć: „Jedzie samochód.” Wypowiadając
to zdanie, nie muszę rozstrzygać, czy jedzie znany mi, określony samochód,
czy też jakiś samochód, o którym nic bliższego mi nie wiadomo. Nie muszę
tego rozstrzygać, ponieważ nie zmusza mnie do tego struktura mojego ojczystego
języka (informację w tym względzie mogę oczywiście w wypowiedzi zawrzeć,
mogę ją też jednak pominąć, gdy w danej sytuacji uznam ją za nieistotną).
Tymczasem Anglik, Niemiec czy Francuz w każdej sytuacji musi rozstrzygnąć,
czy chodzi o samochód znany, określony, wspomniany już wcześniej w rozmowie
itp., czy też o jakiś, bliżej nie określony samochód. Musi to rozstrzygnąć,
gdyż zmusza go do tego struktura jego języka, wyposażonego w obligatoryjną
kategorię rodzajnika – określonego, bądź nieokreślonego. Nie ulega wątpliwości,
że konieczność użycia bądź określonego, bądź nieokreślonego rodzajnika
sprawia, iż Anglik, Niemiec czy Francuz jest o wiele bardziej od Polaka uwrażliwiony
na postrzeganie i interpretację świata w kategoriach opozycji: określoność
– nieokreśloność.
Obecnie
polska społeczność językowa kategorialnie odróżnia jedynie jednostkowość
od mnogości (liczba pojedyncza i mnoga, np. most – mosty, kot
– koty, kobieta – kobiety, chłop – chłopi,
pan – panowie itd.). Taka sytuacja wydaje się nam normalna, jeśli
nie zgoła jedynie możliwa. Tymczasem nasi przodkowie przynajmniej do XV wieku
postrzegali i kategoryzowali rzeczywistość pod względem ilościowym w sposób
bardziej szczegółowy, odróżniając jednostkowość, podwójność (parzystość)
i mnogość (liczbę pojedynczą, podwójną i mnogą, np. most – mosta
– mosty, baba – babie – baby itd.).
(Nawiasem dodajmy, że są do dziś w użyciu języki, które mają liczbę
pojedynczą, podwójną, potrójną, poczwórną i dopiero mnogą, która
zaczyna się tam od pięciu osób lub rzeczy). Miało to oczywiście określone
konsekwencje w wypadku konfrontacji z językiem mniej pod tym względem szczegółowym.
Proste zdanie łacińskie Puer sorores habet, które dziś każdy początkujący
łacinnik bez trudu przełoży jako Chłopiec ma siostry, było – bez
dodatkowych informacji – nieprzekładalne na polszczyznę piętnastowieczną,
gdyż tłumacz, by je przełożyć, musiałby wiedzieć, czy chłopiec ma dwie
siostry (wówczas by przetłumaczył, używając liczby podwójnej: Otrok ime
siestrze), czy więcej niż dwie (wówczas by przełożył, używając
liczby mnogiej: Otrok ima siostry), a tymczasem zdanie łacińskie nie
daje podstaw do rozstrzygnięcia tej kwestii.
Myślę,
że wystarczy tych przykładów (które oczywiście można dowolnie mnożyć),
by uzasadnić naszą tezę, że za każdym językiem narodowym kryje się jemu
tylko właściwy obraz świata, a więc i odrębna kultura społeczeństwa jego
użytkowników. Dotyczy to oczywiście i języków europejskich. Każdy z nich
jest narzędziem, tworzywem i elementem określonej odrębnej kultury narodowej.
Równocześnie jednak jest nośnikiem wspólnych nadrzędnych, europejskich
wartości kulturowych stanowiących o kulturowej tożsamości naszego
kontynentu.
Taki
stan rzeczy jest skutkiem różnorodnych i wielostronnych wpływów językowych
na obszarze Europy. Wpływy językowe to nieuchronny wynik wymiany dóbr
materialnych i duchowych między narodami, muszą więc towarzyszyć wszelkim
rodzajom trwalszych kontaktów między środowiskami różnojęzycznymi.
W
Europie szczególną rolę odegrały w tym zakresie różnego rodzaju języki międzynarodowe.
Takim międzynarodowym językiem kultu religijnego, kultury i nauki była w średniowieczu
łacina (w mniejszym zakresie, tzn. na mniejszym obszarze, też greka i
staro-cerkiewno-słowiańska [iii]).
Podobną rolę odegrała w XVIII i w pierwszych dziesięcioleciach XIX wieku
francuszczyzna, która jednak, choć nazywana podówczas nowożytną łaciną,
była nie tylko międzynarodowym językiem kultury, lecz także międzynarodowym
potocznym językiem społecznych elit. [iv]
Dziś następcą łaciny i francuszczyzny w roli języka międzynarodowego jest
angielski. Poprzedników przerasta zarówno zasięgiem geograficznym, jak i społecznym
oraz funkcjonalnym. [v]
Mniejszą
(gdyż w większym stopniu lokalną), ale też istotną rolę odegrały języki
urzędowe w państwach wielonarodowych (polski w ostatnim stadium
Rzeczypospolitej Obojga Narodów, niemiecki w Cesarstwie, a później Rzeszy
Niemieckiej oraz w monarchii austro-węgierskiej, rosyjski w Rosji carskiej, byłym
ZSRR i w dzisiejszej Rosji itp.).
Zarówno
języki międzynarodowe, jak i języki urzędowe państw wielonarodowych wywierały
i wywierają silniejszy lub słabszy, długotrwały lub przelotny wpływ na różne
europejskie języki narodowe. [vi]
Wpływ ten przejawia się głównie, w zasadzie niemal wyłącznie, na płaszczyźnie
słownictwa.
Nie
ma chyba języka europejskiego, w którym by nie było wyrazu-rezultatu przejęcia
greckiego demokratia ‘władza ludu’. Przejęcie może mieć postać właściwego
zapożyczenia leksykalnego (formalnoznaczeniowego), jak w wypadku polskiego demokracja,
francuskiego démocratie czy angielskiego democracy, lub też
kalki, jak w wypadku przestarzałego ludowładztwo czy -zgodnie z uzusem
Lelewela – gminowładztwo. Tak czy owak każdy chyba język europejski
tym greckiego pochodzenia wyrazem nazywa jedno z najważniejszych wspólnych
europejskich pojęć z dziedziny życia społecznego.
Podobnie
nie ma chyba języka europejskiego, w którym by nie było wyrazu – rezultatu
przejęcia łacińskiego wyrażenia res publica ‘rzecz, sprawa wspólna
(tzn. państwo jako wspólny interes obywateli)! I tutaj przejęcie może mieć
postać zapożyczenia formalnosemantycznego, wprost z łaciny lub – częściej,
jak w polszczyźnie – za pośrednictwem francuskiego république (republika),
bądź też postać kalki, jak w wypadku polskiego rzeczpospolita
(dzisiaj używamy tej formy tylko na oznaczenie naszego państwa,
Rzeczypospolitej Polskiej, a inne państwa nazywamy republikami, ale w
przeszłości nazwa ta odnosiła się do każdego państwa o ustroju republikańskim,
na przykład w źródłach średniopolskich regularnie się mówi o
Rzeczypospolitej Weneckiej, a Jan Zamoyski twierdził, że „Takie będą
Rzeczypospolite, jakie ich młodzieży chowanie”).
Z
kolei francuszczyzna wniosła do zasobu ważnych nazw- pojęć języków
europejskich takie formy jak sztuki piękne (francuskie beaux arts)
czy literatura piękna (francuskie belles lettres). Obok tej ostatniej
nazwy-kalki funkcjonuje obocznie pożyczka formalnosemantyczna beletrystyka z
niemieckiego Belletristik (od francuskiego belle lettres). Przykładów
najnowszych ogólnoeuropejskich nazw-pojęć o genezie angielskiej każdy może
przytoczyć wiele (jak choćby kalka poprawność polityczna z
angielskiego political correctness).
W
europejskich językach narodowych mamy więc – w znacznym stopniu wspólne –
warstwy słownictwa pochodzenia łacińskiego, francuskiego, wreszcie najnowszą
– warstwę anglicyzmów i tzw. zapożyczeń sztucznych, czyli wyrazów
utworzonych współcześnie z materiału leksykalnego łaciny i greki. Wyrazy
wspólne wielu językom, często nazwy fundamentalnych pojęć politycznych, społecznych,
gospodarczych i kulturalnych, jak polskie akademia, cywilizacja, ekonomia,
konserwatyzm, kultura, liberalizm, nacjonalizm, patriotyzm, polityka,
uniwersytet itp., noszą nazwę internacjonalizmów. [vii]
Ich warstwa we współczesnych językach europejskich szybko się poszerza (dziś
głównie za sprawą oddziaływania języka angielskiego). Można więc już mówić
o europejskiej lidze (czy wspólnocie) słownikowej. [viii]
Szczególne miejsce zajmuje w niej terminologia naukowa, techniczna i zawodowa. [ix]
Internacjonalizmy,
które pod względem swego statusu w języku mają charakter zapożyczeń
formalnosemantycznych, są stosunkowo łatwo identyfikowane jako wspólne
elementy języków europejskich. Dlatego więcej uwagi warto poświęcić
„europejskim” kalkom (słowotwórczym i frazeologicznym), gdyż – jak w ogóle
kalki – nie są one na ogół identyfikowane jako takie przez użytkowników języka.
Przyjrzyjmy
się takim szeregom określeń jak polskie niezapominajka, rosyjskie niezabudka,
francuskie ne m’oublicz pas, angielskie forget-manot, niemieckie
Vergissmeinnicht, węgierskie nefelejts; polskie słonecznik,
rosyjskie podsolnečnik, francuskie tournesol, włoskie
tornasole, angielskie sunflower, niemieckie Sonnenwende, węgierskie
napraforgó; polskie jednostronny, rosyjskie odnostronnyj,
angielskie onesided, niemieckie einseitig, węgierskie egyoldalú;
polskie wydawać (o książkach), rosyjskie izdavat’, niemieckie
ausgeben, duńskie udgive, fińskie ulosantaa; polskie mleczny
ząb, rosyjskie moločnyj zub, francuskie dent de lait, włoskie
dente di latte, hiszpańskie diente de leche, rumuńskie Dinte
de lapte, angielskie milk-tooth, niemieckie Milchzahn, węgierskie
szopófag; polskie być w stanie (coś zrobić), rosyjskie byt’
w sostajanii, francuskie ětre en état, hiszpańskie estar en
estado, rumuńskie a fi îm stare, niemieckie im stande sein
itd. Szczególnie ważna jest obecność w tych szeregach form węgierskich czy
fińskich jako form języków nieindoeuropejskich (z drugiej zaś strony to, że
na próżno szukalibyśmy paralelnych form w pozaeuropejskich językach
indoeuropejskich, jak języki indyjskie czy irańskie). Dowodzi to bezspornie,
że nie mamy tutaj do czynienia z jakimiś wspólnościami z zakresu mechanizmów
nominacji wyrazowej, odziedziczonymi z języka praindoeuropejskiego. A zatem
przytoczone wyżej szeregi (i setki innych) to nie rezultat pokrewieństwa językowego,
lecz kalki, które wędrowały od języka do języka na obszarze całej Europy
jako skutek wspólnej cywilizacji i kultury europejskiej.
Ponieważ
jednym z najważniejszych fundamentów wspólnej kultury europejskiej jest łacina,
bardzo wiele paralelnych co do swej budowy wyrazów, wyrażeń i zwrotów to
kalki łacińskie. Oto kilka przykładów: łacińskie aequilibrium –
polskie równowaga, rosyjskie ravnovesja, niemieckie Gleichgewicht,
duńskie ligevaegt, węgierskie egyensúly; łacińskie beneficjum
– polskie dobrodziejstwo, niemieckie Wohltat, duńskie velgoerning,
węgierskie jótett, fińskie hyväteko; łacińskie influentia
– polskie wpływ, niemieckie Einfluss, duńskie indflydelse,
szwedzkie inflytande, węgierskie befolyás; łacińskie
omnipotens – polskie wszechmogący, francuskie tout-puissant, angielskie
allmighty, niemieckie allmächtig, szwedzkie allsmäktig, węgierskie
mindenható, fińskie kaikkivaltias; łacińskie
praeiudicium – polskie przesąd, rosyjskie predrazsudok,
niemieckie Vorurteil, węgierskie elöitélet; łacińskie verisimilis
– polskie prawdopodobny, francuskie vraisemblable, niemieckie wahrscheilich,
węgierskie valószinii itd. [x]
Jak
wynika z naszych dotychczasowych uwag, języki Europy wykazują uwarunkowane
kulturowo wspólne złoża leksykalne. Stanowią one o istnieniu europejskiej
ligi (wspólnoty) słownikowej. Należy do niej również język polski.
Uczestniczy w jej formowaniu od tysiąca lat. Historyczne związki z innymi
narodami i językami Europy zadecydowały o tym, że nasz język ojczysty jest
nie tylko – jak każdy inny – narzędziem i tworzywem naszej, odrębnej od
innych, kultury narodowej, ale również nośnikiem najważniejszych wartości
wspólnej kultury europejskiej.
Przypisy
[i]
R. Tokarski, Słownictwo jako interpretacja świata, [w:] Encyklopedia
kultury polskiej XX wieku, t. 2: Współczesny język polski, pod
red. J. Bartmińskiego. Wrocław 1993, s. 358. Na temat językowego obrazu
świata zob. przede wszystkim dwa tomy lubelskiej „czerwonej serii”: Językowy
obraz świata, pod red. J. Bartmińskiego, Lublin 1990 i Przeszłość
w językowym obrazie świata, pod red. A. Pajdzińskiej i P. Krzyżanowskiego,
Lublin 1999.
[ii]
Zob. B. L. Whorf, Language, Thought and Reality. Selected Writing,
New York 1956.
[iii]
Międzynarodowa rola łaciny i greki jest powszechnie znana, o roli w tym
względzie staro-cerkiewno-słowiańskiego zob. L. Muszyński, Wstęp do
filologii słowiańskiej, Warszawa 1984.
[iv]
O Międzynarodowym zasięgu geograficznym i funkcjonalnym francuszczyzny
informuje najobszerniej F. Brunot, Historie de la langue française des
origines à 1900, t. I-IX, Paris 1905-1943.
[v]
W odniesieniu do polszczyzny zob. na ten temat B. Walczak, Norma językowa
wobec elementów obcego pochodzenia, [w:] Kultura języka dziś,
pod red. W. Pisarka i H. Zgółkowej, Poznań 1995, s. 120-133.
[vi]
Zob. na ten temat B. Walczak, Uniwersalizm czy partykularyzm? (Procesy
unifikacji i dyferencjacji językowej dziś i jutro), [w:] Kultura
– Język – Edukacja, t. 3, pod red. R. Mrózka, Katowice 2000, s.
183-193. Zob. też B. Walczak, Uniwersalizm or Particularism ? (The Process of Linguistic Unification and Differentiation Today and
Tomorrow), [w:] Culture of the Time of Transformation. II
International Congress: The Cultural Identity of the Central-Eastern Europe,
ed. J. Brendel,
Poznań 1999, s. 71-76.
[vii]
O internacjonalizmach zob. V. V. Akulenko, Voprosy internacionalizacii
slovarnogo sostava jazyka, Charkiv 1972; Internacionalnye elementy v
leksike i terminologii, Charkiv 1980; J. Maćkiewicz, Co to są tzw.
internacjonalizmy?, Język Polski LXIV, 1984, zesz. 3, s. 176-184; eadem,
Wyrazy międzynarodowe (Internacjonalizmy) we współczesnym języku
polskim, [w:] Encyklopedia kultury polskiej XX wieku, t. 2: Współczesny
język polski, pod red. J. Bartmińskiego, Wrocław 1993, s. 525-532.
[viii] Takie stanowisko zajmuje np. Anna Wierzbicka: O języku – dla wszystkich, Warszawa 1967. Zob. też N. Reiter, Eurolinguistik, Forschungen zur Osteuropäischen Geschichte 48, 1993, s. 167-178.
[ix]
Zob. na te temat Z. Stoberski, Międzynarodowa terminologia naukowa,
Warszawa 1982; B. Walczak, Termin techniczny – rodzimy neologizm czy
zapożyczenie?, [w:] Słownictwo techniczne w dziedzinie tłumaczeń,
Poznań 1980, s. 32-55; idem, Néologisme
indigéne
ou emprunt
dans
la terminologie ?,
Neoterm 1987, nr 5/6, s. 48-55; idem, La motivation (transparence) structurale fait-elle mieux comprendre des termes scientifiques et techniques?, Neoterm
– Word Specialized Terminology 1992, nr 21/22, s. 88-93. Na rzecz umiędzynarodowienia
terminologii naukowej, technicznej i zawodowej działa Internartional
Organization for Unification of terminological Neologisms i jej organ
Neoterm (obecnie Neoterm – Word Specialized Terminology).
[x]
Przykłady za: A. Wierzbicka, op. cit., s. 100-104.