|
Nowy portret wampira
Paulina Szkudlarek
W potocznym przekonaniu, zarówno w
literaturze, jak i (w wielu przypadkach nią inspirowanym) filmie,
wampiry – osoba wampira, koncepcja wampiryzmu – często pokutują jako
szczególny rodzaj stereotypowej tandety stworzonej raczej ku uciesze
mas, a nie po to, by być przedmiotem intelektualnej refleksji. Sąd taki
uważam za niesłuszny, w każdym razie w znacznym stopniu, bowiem tematem
hrabiego Draculi i jego pobratymców tak w przeszłości, jak i w ostatnich
latach zajmowali się artyści nietuzinkowi i rzucając nań nowe światło,
tworząc bohaterów dalekich od schematów. Mimo iż takie „perełki” są
stosunkowo nieliczne, stopniowo wyznaczyły ścieżkę ewolucji
charakterystycznego oblicza postaci z wydłużonymi kłami, którą
chciałabym tu krótko odtworzyć. Dowiodę tym samym, że to, co niegdyś
budziło strach widzów, co było przekleństwem bohaterów, dziś przez tych
pierwszych uważane jest za dar godny największego pożądania, a u tych
drugich możliwa jest autorefleksja, znajomość tradycji oraz – last
but not least – miłość.
Z ogromnej ilości materiału do
potencjalnej analizy wybrałam tylko kilka przykładów, które uważam za
najbardziej znamienne z dwóch punktów widzenia: amatorki kina i
wielbicielki rice’ańskiego wampiryzmu.
Historia filmu byłaby znacznie uboższa,
gdyby w 1897 roku irlandzki impresario teatralny nie napisał powieści,
której tytułowy bohater na zawsze zagościł w zbiorowej wyobraźni jako
ucieleśnienie metafizycznego zła – chodzi oczywiście o „Draculę” Brama
Stokera. Książka ta doczekała się niezwykle licznych ekranizacji, mniej
lub bardziej odbiegających od pierwowzoru. To w oparciu o tą właśnie
„ostatnią powieść gotycką”[1]
zbudowany został pokutujący przez dziesięciolecia stereotyp. Wedle
niego, wampir winien pochodzić z jakiegoś podkarpackiego kraju,
zamieszkiwać odludne zamczysko, za dnia sypiać w trumnie a w nocy swą
aktywność koncentrować na zdobywaniu pokarmu – ludzkiej krwi. Ponadto
wampiryzm jest tu karą za popełniony grzech lub efektem „skażenia” po
ataku innego krwiopijcy. Wśród rekwizytów przydatnych w walce z taką
postacią znajdują się: krucyfiks, hostia, woda święcona, czosnek i kołek
osikowy, zabójcze są również promienie słoneczne oraz ogień. Nie trzeba
chyba dodawać, iż wampir „stokerowski” poza przerażającą
powierzchownością i nadprzyrodzonymi zdolnościami jest złośliwy, okrutny
i zupełnie pozbawiony psychiki, a tym samym – poczucia winy wywołanego
byciem złym.
Taki „książę ciemności” na ekranie
zadebiutował w sposób dojrzały w 1922 r. w filmie „Nosferatu – Symfonia
grozy” („Nosferatu – Eine Symphonie des Grauens”, reż.
F.W. Murnau).
Z uwagi na kwestię praw autorskich,
bohaterowie nie nosili tam imion z kart „Draculi” (personifikacja zła
nosi miano hrabiego Orlocka, Jonathan Harker zmienił się w Huttera,
akcja przeniosła się z Londynu do staroświeckiego miasta w stylu połowy
XIX w. w scenariuszu zwanego Wisborgiem, etc.) Poza tym zaadoptowano
tylko pierwszą część powieści, rezygnując z wątku pogromcy wampirów, Van
Helsinga oraz z pościgu za Nosferatu. Dzieło Murnaua jest wyjątkowe,
pełne tajemnic i mrocznych piękności. Reżyser stanął nieco z boku
ówczesnego nurtu niemieckiego ekspresjonizmu. Pracował głównie w
plenerach a nie w atelier, zrezygnował niemal z wypracowanych efektów
oświetlenia na rzecz późniejszego barwienia kadru (porę nocną zdominował
kolor niebieski, dzień – sepia, a w pomieszczeniach sztucznie
oświetlanych np. świecami, ciepło i bezpieczeństwo wyznaczył oranż).
Unikał trików. Zastosował wprawdzie zdjęcia poklatkowe (przyspieszony
ruch wampira ładującego trumny na wóz) i scenę w negatywie (podróż przez
las), ale skoncentrował się na innych efektach uwidaczniających i
potęgujących niezwykłość tytułowego bohatera. Niejeden taki zabieg nie
został do dziś „rozszyfrowany” – choćby ujęcie Nosferatu podnoszącego
się z trumny pionowo, wbrew prawom fizyki. Inne chwyty znalazły swe
stałe miejsce w warsztacie filmowców, czego przykładem jest nowatorski u
Murnaua ruch postaci (lub obiektu) ku kamerze. W warstwie świata
przedstawionego nie przeważa ani sfera fantastyczna, ani realna – obie
są składnikiem ogólnego wzoru[2]
i występują na równych prawach. Pretensjonalny podtytuł – „Symfonia
grozy” – usprawiedliwiony jest charakterem tego niemego filmu,
który ujawnia się m.in. w meandrycznej narracji i zagospodarowaniu kadru
– przewadze planów ogólnych czy sposobie ukazywania samego Nosferatu.
Owa niematerialna sylwetka wydaje się być częścią tła, emanacją
osaczającej ludzi tajemnicy. Nosferatu, który przywiózł Wisborgowi
„czarną śmierć”, plagę, skradał się wzdłuż murów, jakby nie chcąc zmącić
snu zagrożonego miasta. To postać irracjonalna – znak, wyrazisty symbol
destrukcyjnego zła. A. Kołodyński[3]
podkreślając perfekcję charakteryzacji Maxa Schrecka nadmienia, że nikt
taki nie występował w rejestrze aktorów berlińskich owego czasu, a „Schreck”
to po niemiecku strach. Nie sposób odmówić istotności tej ciekawostce,
która należy do niesamowitej legendy filmu. Murnau osłabił metaforę
walki dobra i zła będącą tak charakterystycznym rysem stereotypowego
portretu wampira przez to, iż pokazał triumf śmierci związanej z czymś,
co można nazwać nową germańską mitologią. Oto w końcówce filmu ginie nie
tylko Nosferatu, ale i żona Huttera, a potem na ekranie widzimy ruiny
zamku wampira – projekcję nieuchronności takiego losu, bowiem ów obraz
tej mrocznej siedziby był nam znany z wcześniejszych scen. Tu warto
przywołać inne – poza „Draculą” Stokera – konteksty związane z „Nosferatu”.
Otóż film należy do nurtu niemieckiego ekspersjonizmu (w jego ramach
został zinterpretowany przez Siegfrieda Kracauera jako opowieść o
wcieleniu tyrana, innego doktora Caligari[4]),
a jego korzenie tkwią w myśli romantycznej. Pod koniec XVIII wieku
niemieccy artyści zbudzili swą wyobraźnię dryfującą ku postaciom
działającym pod przymusem miłości i nienawiści zarazem, zbudowali
prototyp wyobcowanego, osamotnionego bohatera, za jakiego zasadnym jest
uznać wampira u Murnaua. Hutter należy natomiast do typów chętnie
krytykowanych przez romantyków; czyż ze swym „błogim snem kupca Niemca u
boku żony Niemki”[5]
nie przeciwstawia się on niespokojnej egzystencji Nosferatu? Choć bodaj
pierwszy upiór – wampir w literaturze pięknej został wykreowany przez
Niemca („Lenora” z 1773r. pióra G. A. Buergera, autora „Przygód barona
Muenchausena”)[6],
jest postacią z mitologii słowiańskiej - jako takiego identyfikuje go
nawet Jan Potocki w „Rękopisie znalezionym w Saragossie”[7]. Niewykluczone więc, że przynoszący zarazę na niemieckie miasto
Nosferatu uosabia strach przed niebezpieczeństwem grożącym osłabionej po
Wielkiej Wojnie Republice Weimarskiej ze strony nierozpoznanej,
chaotycznej Słowiańszczyzny. Taki domysł jest daleko posuniętą
spekulacją, którą jednak uważam za ciekawą, ponieważ już wtedy kino nie
miało tworzyć iluzji rzeczywistości, a umożliwiać „użycie świata
zewnętrznego jako języka inaczej artykułowanego, niż język mówiony lub
pisany”[8]
i zdolnego do przekazu treści tak licznych, jak niemożliwych do
jednoznacznej interpretacji.
Niestety, dzieło Murnaua –
podobnie, jak wiele jemu współczesnych
– jest trudno dostępne, z rzadka tylko pojawia się na retrospekcyjnych
przeglądach, poza tym czas nie obszedł się łaskawie z kopiami filmu.
Tym ważniejsze staje się przez
to przedsięwzięcie W. Herzoga. Pod koniec lat 70. nakręcił on
bezprecedensowy remake, „Nosferatu – wampir” („Nosferatu – Phantom der
Nacht”), gdzie tytułową rolę zagrał „przyjaciel – wróg” reżysera, Klaus
Kinski, a partnerowali mu Bruno Ganz i Isabelle Adjani. Oczywiście w
kinie zrealizowano niejedną powtórkę tego samego scenariusza, nie mówiąc
już o tematach, jednak Herzog naśladując liczne istotne szczegóły
oryginału, jego rytm i strukturę, posunął się wyjątkowo daleko, nie
rezygnując bynajmniej – jak na prawdziwego Autora kina przystało – z
polemiki z Murnauem, co pozwoliło mu rozszerzyć kontekst znaczeń.
Korzystając z szerszych możliwości technicznych, Herzog posłużył się
dźwiękiem i kolorem. To ostatnie zupełnie odmieniło wygląd kompleksu
gotyckich kamieniczek w Lubece, które wcześniej znalazły się w
obiektywie twórców „Symfonii grozy”. Na tą scenerię zwrócili uwagę dwaj
znani komentatorzy – T. Raczek i Z. Kałużyński przy okazji projekcji
omawianego filmu w TVP. Dźwięk natomiast to nie tylko dialogi w miejscu
tablic z tekstem, ale i starannie dobrana muzyka ilustracyjna –
kompozycje Wagnera i Gounoda.
Hołd Herzoga dla Murnaua okazał się więc z
wszech miar twórczy. Prócz odmiennego zakończenia historii, „Nosferatu”
z 1978 r. przynosi inne rozmieszczenie akcentów w rysie wampira. Tu
Orlock stał się „fantomem uczłowieczonym”, został pozbawiony cech
typowych dla duchów, jakie swej postaci nadał Max Schreck. Dla bohatera
Kinskiego nie jest straszna śmierć, lecz wieczna egzystencja w czasie,
co sam wyraża słowami: „Śmierć nie jest najokrutniejsza, bo gorsze może
być wieczne trwanie, niemożność śmierci”. Nieśmiertelność jest
przekleństwem, bowiem oznacza wieczną samotność i wyobcowanie –
akcentuje to przygnębiający smutek epatujący z Nosferatu. Ten „wampir
jest martwy, a jednak nie jest martwy, (...) nie jest wyobcowanym
człowiekiem, lecz wyobcowaniem samym w sobie.”[9]
...Ten wampir jest dziełem artysty, a
fakt, iż artysta zaprosił go przed obiektyw swej kamery to dla Nosferatu
rodzaj ponownej nobilitacji.
F. W. Murnau był wybitnym twórcą kina
swych czasów, należał do tych reżyserów, o których z takim uznaniem
pisał Kracauer wskazując na elementy nowatorskie w niemieckim
ekspresjonizmie, np. danie kamerze swobody ruchu czy mistrzostwo „w
rozwijaniu akcji przy pomocy odpowiedniego operowania światłem.”[10]
Również Herzog zdobył uznanie autora kina artystycznego dzięki obrazom
oryginalnym i wizjonerskim.
Dziesięciolecia pomiędzy dwoma opisanymi wersjami „Nosferatu” wypełniły
natomiast pozycje powielające schemat bladego arystokraty – potwora
czyhającego zarówno na krew, jak i na cześć pięknych dziewic. Kręceniem
takich filmów raczej nie byli zainteresowani reżyserzy twórczy i
nietuzinkowi. Dziś tylko szczególni entuzjaści mogliby zdobyć się na
obejrzenie wszystkich pozycji spośród tych niżej wymienionych i nie
zawaham się stwierdzić, iż poznanie po jednej roli z dorobku dwóch
najsłynniejszych odtwórców roli Draculi całkowicie wystarczy, by
zapoznać się z estetyką owych produkcji i scharakteryzowanych w nich
wampirów.
Ci dwaj aktorzy to Bela Lugosi i
Christopher Lee. Pierwszy to reprezentant okresu przedwojennego – zagrał
u Toda Browninga w „Londynie po północy” („London After Midnight”,
1927), „Księciu Draculi” („Dracula”, 1931) czy „Znaku wampira” („The
Mark of the Vampire”, 1935). Christopher Lee był natomiast związany z
brytyjską firmą produkcyjną Hammer. Pojawił się w m.in. „Draculi” (1958)
i „Draculi - Księciu ciemności” („Dracula, The Prince of Darkness”,
1965). Poetycka alegoria zagrożenia śmiercią czy walki dobra ze złem
ustąpiła pola zabawie w masakrę, kwestie wampiryczne uległy spłaszczeniu
najczęściej przez sprowadzenie ich do wynaturzonych form miłości.
Potęgowały to chętnie stosowane ujęcia, w których wampir „zabierał się
do rzeczy [do ataku w celu pozyskania krwi od ofiary] bardzo często w
nieprawdopodobny sposób”[11]
– skostniale, rytualnie i na tyle powoli, by przedmiot jego żądzy /
apetytu miał czas na ucieczkę czy inną reakcję obronną. Fabuły utraciły
głębszą myśl, filmy stały się przeciętne, często tandetne, a przez to
nieinteresujące z punktu widzenia ewolucji nie-martwego bohatera. Choć
wampiry z wytwórni Hammer wniosły pewne nowe elementy do zbiorowego
portretu – rys seksu i przemocy – wyniosły bladolicy hrabia Dracula
odziany w czarną pelerynę podbitą czerwonym suknem, o oczach
rozpalających się barwnym blaskiem w momencie dokonania wyboru ofiary
przestał przerażać. Eksploatacja tematyki doprowadziła do swoistego
zmanierowania, o czym najlepiej świadczą... tytuły późniejszych filmów
Christophera Lee zrealizowanych dla Hammera – „Dracula AD 1972” czy „Dracula
jest martwy, ma się dobrze i mieszka w Londynie” („Dracula Is Dead And
Well And Living In London”, 1973).
Tchnącą ironią parodię tego rodzaju
produkcji nakręcił w 1967 r. Roman Polański. Jego „Nieustraszeni
pogromcy wampirów” („The Fearless Vampire Killers”) rozgrywają się w
zimowej scenerii Transylwanii. Jakkolwiek występuje tu wątek profesora –
tropiciela wampirów (Ambrosius wraz z uczniem, Alfredem), mamy miłosne
ukąszenia i wysysanie krwi z niewinnych obiektów uczuć, a von Krolock
(takie miano przybrał tu główny lokator zrujnowanego karpackiego
zamczyska) bardzo przypomina postaci grane przez Lugosiego czy Lee,
jednak opowieść została oczyszczona ze zbędnych scen przemocy, a
wzbogacona o sceny humorystyczne. Do takich należy próba uwiedzenia
przez syna hrabiego Krolocka młodego asystenta profesora, a w
parodystyczny nastrój wprowadza widza zabawna animowana czołówka.
„Pogromcy” nakręceni jeszcze w czasach świetności Hammera zapowiadają
powrót do stokerowskich źródeł. Nie chodzi więc reżyserowi o próbę
przerażenia samym wyglądem monstrum, a o potraktowanie tematu jako
opowieści o walce dobra ze złem, które w zakończeniu „Nieustraszonych
pogromców wampirów” nie zostaje pokonane, a uwolnione przy nieświadomym
udziale profesora Ambrosiusa. Komediowa, bliska groteski konwencja
pozwala umknąć ważnej kontestacji. Wyjątkowość wampira nie polega tu na
jego niepowtarzalności, jedyności, nie chodzi o wzbudzenie strachu
faktem, iż taka istota może istnieć. Oto Polański dowiódł, że „wampiryzm
może być podstawą naszego życia”[12]
pozwalając Ambrosiusowi wywieźć z Transylwanii w świat parę świeżo
przemienionych krwiopijców, a wcześniej odmalowując życie (sic!)
towarzyskie prowadzone przez jego nie-martwych bohaterów.
Wymieniając wampiryczne atrybuty,
wspomniałam o siedzibie bohatera, jaką najczęściej jest zamek będący
architektonicznym centrum akcji. Niektóre wampiry żyją w odosobnieniu
(np. Nosferatu), inne – razem ze swymi współbraćmi, jednak postacią
dominującą jest zawsze właściciel „domu”. Budowla musi dawać schronienie
nie tylko przez zgubnym blaskiem słońca, ale też przed intruzami. W tą
drugą rolę wpisuje się funkcja „odstraszania” samym wyglądem (często
twierdza wygląda z zewnątrz na zrujnowaną), niedostępnością. Działa to
skutecznie jedynie na zamieszkujących okolicę zabobonnych wieśniaków,
szczerze odradzających przybyszowi kontynuowanie podróży ku złowrogiemu
miejscu. Mamy więc do czynienia z przestrzennym dystansem pomiędzy
wampirem a społeczeństwem (np. mieszkańcami wioski leżącej w dolinie
oddalonej od warowni lasem), co wyraża wzajemny antagonizm.[13]
Tajemnicze miejsce spoczynku wampira jest
tak ważne, ponieważ może być rozpatrywane jako przedłużenie jego
postaci. Choć bardziej materialny w stosunku do Nosferatu Murnaua,
Orlock u Herzoga, w porównaniu z wampirem hammerowskim, zachowuje pewne
cechy zjawy, dlatego też jego siedziba jest jakby widmowa. Wieśniacy
powstrzymujący Harkera przed jazdą za przełęcz utrzymywali, że „nie ma
tam żadnego zamku. Istnieje najwyżej w ludzkiej wyobraźni – są tylko
ruiny, zamek widmo.”[14]
W istocie, oczom podróżującego Jonathana ukazuje się budowla zniszczona,
o powalonych wieżach i otoczona szczątkami muru. Dzięki rozbrzmiewającej
w tej scenie patetycznej muzyce, wydaje się warownią nie tylko potężną
i majestatyczną, ale i kompletną, nienaruszoną. Zmiana dokonuje się, gdy
wędrowiec zbliża się do bram, w miarę, jak zapada ciemność. Wiekowość
zamku odnosi się do wampirzej nieśmiertelności – gmach ma pochodzić z
czasów ludzkiego życia swego długoletniego lokatora. I tak, kiedy zamek
„się odnawia”, wampir wstaje ze swego legowiska... Wygląd fasady
redukuje się do wspomnianej funkcji odstraszającej, a znaczenia nabiera
wnętrze – jest właściwym królestwem wampira. Tak u Herzoga, jak u
Murnaua, ściany komnat są białe jak oblicze Nosferatu, pomieszczenia
mają „proporcje zaburzone w stosunku do rozmiarów człowieka.”[15]
Nadnaturalna wielkość siedziby odzwierciedla monstrualność właściciela i
jest jego jedynym odbiciem, bowiem wizerunku w lustrze jego nieludzka
kondycja go pozbawia.
Omówione dotychczas filmy stanowiąc
zamknięcie pewnego etapu, jednocześnie otwierają nowy. Polański
podsumował w sposób ironiczny kino spod znaku Hammera oraz naśladowców
estetyki produkcji tej wytwórni. Liczne z nich powstały oczywiście wiele
lat po „Pogromcach”, potwierdzając moja tezę, iż kierunek ten nie miał
już szans na dalszy rozwój. Do dziś jakby na
jałowym biegu kręcone są obrazy na tą modłę. Wymienię tylko „Buffy,
postrach wampirów”, „Wampira z Beverly Hills”, „Nastoletniego wampira”
czy „Łowców wampirów.”
Herzog natomiast otworzył nowe drzwi dla
ewolucji w momencie, gdy jego Nosferatu po raz pierwszy zapłakał mówiąc
o nieśmiertelności jako wiecznej samotności. Dzięki temu wampir
przekształcił się w postać tragiczną, jakby (jak zauważyła Katarzyna
Kaczor[16])
„łzy oczyszczały ze zła i uczłowieczały potwora”. Tymczasem człowiek
zaczął prosić wampira, by ten go ukąsił. „Mroczny dar” gwarantujący
nieśmiertelność pojawił się w „Zagadce nieśmiertelności” („The Hunger”,
1982) Tony’ego Scotta oraz „Wywiadzie z wampirem” („Interview with the
Vampire”, 1994) Neila Jordana. Nowej interpretacji źródłowej powieści B.
Stokera podjął się z powodzeniem F. F. Coppola kręcąc w 1992 swego „Draculę”
(„Bram Stoker’s Dracula”). Właśnie te trzy filmy odmalowujące
współczesny, postmodernistyczny portret wampira należą do moich
ulubionych, i to nie tylko w obrębie gatunku.
Wracając tu na chwilę do wcześniej
naszkicowanego problemu zamku jako siedliska nie-martwego bohatera,
warto zwrócić uwagę, że żaden „pozastokerowski” wampir nie zamieszkuje
takiej budowli. Zarówno Miriam i John, jak i Lestat, Louis, a nawet
Armand preferują siedziby odpowiadające wymogom danych czasów,
nie nawiązujące do lat ich ludzkiego życia.
„Dracula” chronologicznie umiejscowiony
jest pomiędzy dziełami Scotta i Jordana, jednak od niego chciałabym
rozpocząć tę część mojej pracy. Choć Coppola zaadoptował wiernie niemal
stuletnią wówczas powieść (do odstępstw należy np. pominięcie epilogu, w
którym Stoker opisał późniejszą sytuację rodziny, jaką stworzyli
Jonathan i Wilhelmina), powstał film „absolutnie
niewierny pierwowzorowi”[17].
To opowieść o wiecznej miłości. Nad „nigdy nie pijącym... wina” Draculą
(Gary Oldman) ciąży fatum, o czym mowa w dopisanym przez reżysera
prologu. Działanie wampira, jego wyjście z pozahistorycznego trwania w
nurt rzeczywistego czasu (w schyłek XIX wieku) spowodowane jest chęcią
zdobycia kobiety – Miny (Winona Ryder), narzeczonej młodego prawnika
Jonathana Harkera (Keanu Reeves), łudząco podobnej do żony Vlada, która
za czasów jego walki z Turkami popełniła samobójstwo na fałszywą wieść
o śmierci męża, co z kolei popchnęło go do zbezczeszczenia krzyża.
Wieczne pragnienie krwi to przekleństwo będące karą za świętokradztwo.
Wyzwalająca śmierć przyszła do niego dzięki Minie nie jako zemsta za
uczynione zło, a jako dar miłości.
Nim dochodzi do takiego
zakończenia, na ekranie oglądamy nowatorskie połączenie klasycznej
opowieści o wampirze z melodramatem, co czyni „Draculę” Coppoli
podsumowującym głosem w dyskusji z mrocznym mitem. Gary Oldman zbudował
bohatera będącego kompilacją wcześniejszych interpretacji i wariacji.
Książę ciemności w jego kreacji to postać elektryzująca. Oczywiście nie
je, nie pije, przesypia dni w skrzyni z ziemią pochodzącą z ojczyzny, ma
różne nadnaturalne zdolności (np. potrafi zmieniać się w zwierzęta czy
mgłę), lecz do Miny przychodzi nie jako blady potwór, a jako młody
uwodziciel. Nie budzi odrazy w swej wybrance. Patrzy jej w oczy,
ofiarowuje jej swą krew, którą odwzajemniająca jego miłość kobieta pije
dobrowolnie. Takie stosunki byłyby z pewnością niemożliwe między „żywymi
trupami” i będącymi w afekcie czy też apatycznymi dziewicami z
dawniejszych filmów.
Straszydło obnażające długie
kły i unoszące ramiona w charakterystycznym geście ustąpiło miejsca
wampirom myślącym i czującym jak ludzie, a nawet intensywniej, ponieważ
w nieśmiertelnych, nadnaturalnych ciałach wszystko ulegało multiplikacji
– od siły fizycznej, przez wyostrzenie zmysłów po emocje.
Wampiry mogą z powodzeniem
egzystować w świecie pośród nas - o tym próbował przekonać Tony Scott w
swej „Zagadce nieśmiertelności”. Wśród tzw. fandomu uważana jest ona za
najlepszy film wampiryczny wszechczasów, a bezsprzecznie należy do
najbardziej zagadkowych.
W amerykańskim mieście stoi
piękny, luksusowy dom zamieszkały przez dystyngowanych Johna (David
Bowie) i Miriam Blaylock (Catherine Devenue). Funkcjonują w
społeczeństwie w słonecznym świetle, kochają się wzajemnie i raz na
tydzień posilają się krwią. Reżyser sugeruje, że pierwotne źródło ich
nieludzkiego stanu bije w Egipcie. Żyły i tętnice swych ofiar otwierają
za pomocą noszonych jako naszyjniki starożytnych krzyży ankh
symbolizujących życie wieczne.[18]
Nieśmiertelność darowana Johnowi przez
Miriam mająca oznaczać dla nich możność niekończącej się miłości nie
daje tu wiecznej młodości, ale jej wielkie przedłużenie, po którym
następuje gwałtowne starzenie się. Badaniem tego procesu u małp zajmuje
się dr Sarah Roberts (Susan Sarandon). Prowadzone przez nią obserwacje
laboratoryjne tych zwierząt to pretekst do ukazania na ekranie jedynego
zbliżenia kłów. Scott zdecydował się na montaż tych ujęć z teledyskiem
zespołu Bauhaus, co czyni całą sekwencję niepokojącą i tajemniczą, a
jednocześnie sugerującą dość jednoznacznie, iż mimo elegancji i
inteligencji bohaterowie to podążające za instynktem drapieżniki.
Potwierdzeniem tego tropu są
dwie analogiczne sceny z ich świata i świata zwierząt. Oto John,
starzejący się i słabnący w zastraszającym tempie od chwili, kiedy
stojący przez wiele dziesiątek lat zegar biologiczny zaczął nadrabiać
straty, z żądzy przetrwania zabija dziewczynkę z sąsiedztwa. W ośrodku
Sarah zaobserwowała wcześniej podobne zdarzenie wśród małp –
niedołężniejący samiec zabił swą towarzyszkę. „Wampiryczna idylla, gdy
wieczność bezczasu będę ze sobą dzielić dwie istoty połączone węzłem
miłości silniejszej niż śmierć”[19]
okazuje się niemożliwa.
Niekończące się trwanie w
czasie i niemożność śmierci są ceną przedłużonej młodości, którą płacą
dawni kochankowie Miriam, towarzyszący jej wcześniej. Każdego kochała
„na zawsze”, w końcu żadnemu nie mogąc ofiarować więcej, aniżeli
skrzynię na poddaszu. Zasuszone w stadium przerażającego rozkładu ciała,
owe wampiry - jak Miriam tłumaczy Johnowi – widzą, słyszą i czują,
bowiem ich koniec nie jest ostateczny. Wampiryzm, jako upragnione przez
człowieka remedium chroniące go przed starością i śmiercią okazuje się
mirażem. (Z uwagi na fakt, iż tytuł filmu – „Głód” – został przez
polskich dystrybutorów zupełnie zmieniony, można pokusić się o kolejną
modyfikację i z „Zagadki” zrobić „Pułapkę nieśmiertelności”!)
Tony Scott obdarł wampira z
tych tradycyjnie mu przypisanych atrybutów, które sugerowałyby
naleciałości przesądu. Jego bohaterowie nie boją się czosnku czy kołka
osinowego, a własnej samotności i utraty tożsamości. Historia nie
pokazuje, jak można (czy należy) walczyć z krwiopijcą, a tłumaczy, co
potencjalnie niesie za sobą spełnienie ludzkich marzeń o wyzwoleniu od
śmierci.
Podobny motyw odnajdujemy w
kolejnym obrazie, o którym chciałabym napisać. To nakręcony na podstawie
opublikowanej i głośnej jeszcze przed powstaniem „Zagadki
nieśmiertelności” powieści Amerykanki irlandzkiego (sic!) pochodzenia,
Anne Rice – „Wywiad z wampirem”. Reżyser – znów Irlandczyk – Neil
Jordan, zrealizował scenariusz samej pisarki, wprowadzając jednak pewne
zmiany, w efekcie czego filmu różni się znacząco od literackiego
pierwowzoru i nieznacznie – od oryginalnego skryptu. „Wywiad” to
pierwsza z kilkutomowego cyklu „Kronika wampirów”, przeniesiona na duży
ekran, co jest istotne o tyle, że postać jednego z bohaterów, Lestata de
Lioncourt (Tom Cruise) w filmie zbudowana jest w znacznej mierze w
oparciu o portret zakreślony w drugim (i dalszych) tomie „Kronik”.[20]
Natomiast pretekstem do
opowiedzenia fabuły jest wywiad – rzeka, jakiego 200-letni Louis du
Point (Brad Pitt) udziela młodemu reporterowi, Danielowi Malloy’owi (Christian
Slater). Tym samym, po raz pierwszy, dekonspiracja wampira zachodzi z
jego własnej woli. Film przyjmuje punkt widzenia nie-martwego bohatera –
widz nie boi się „potwora”, a wręcz się z nim utożsamia. W omawianych
wcześniej „typowych” opowieściach wampirycznych sympatyzował raczej z
postacią pogromcy – u Jordana nikogo takiego nie ma, a jedyna osoba,
która zna tajemnicę nieśmiertelnych i potencjalnie mogłaby im zagrozić,
sama chce zostać wampirem – chodzi oczywiście o Daniela.
Bohaterowie są wiecznie
młodzi, obdarzeni niepokojącym erotycznym magnetyzmem i urodą, są zdolni
do miłości nienawiści, ich uczucia ewoluują. Choć kpią z przesądów,
pozostają – w przeciwieństwie do tych sportretowanych przez T. Scotta -
„dziećmi nocy”. Nie „zarażają” przez samo ukąszenie: do przekazania ich
daru może dochodzić tylko dzięki wymianie krwi między wampirem a ofiarą.
Pojęcie ofiary również wydaje się tu nieodpowiednie, bowiem „mroczna
wymiana” pozostaje kwestią wyboru osoby konającej z braku krwi.
Oczywiście, alternatywa obejmuje wieczną egzystencję pod osłoną nocy lub
ucieczkę w śmierć.
W filmie Jordana
najważniejszy pozostaje Louis, jednak żaden z jego „współplemieńców” nie
jest pozbawiony charakteru; każdy jest indywidualnością. To ludzie są
nieważni, jednakowi. W żartobliwym teście na wampiryzm (Vampire
Probability Test), jaki niegdyś znalazłam w Internecie, jedno z pytań
brzmiało: Czy uważasz, że ludzie to bydło?
W „Wywiadzie z wampirem”
osoba dopiero po przemienieniu staje się w pełni wyrazista, jakby
dojrzewała. Widzimy to na przykładzie Louisa, który za życia był po
prostu nowoorleańskim plantatorem, a po śmierci, czyli jako wampir, stał
się nadwrażliwym estetą, byronicznym adwersarzem libertyńskiego Lestata.
Obaj, podobnie jak pojawiający się jako postać drugoplanowa Armand (Antonio
Banderas), są świadomi, iż uosabiają zło, jednak mają do tego
diametralnie różne podejście.
Oryginalność tych wampirów
polega na tym, iż po raz pierwszy wypełniona została pusta forma. To już
nie monstrum pozbawione wrażliwości odczuwania, a podróżnik w czasie.
Ubrany zgodnie z obowiązującą w danej epoce modą, wyzwolony spod władzy
krzyża i jemu podobnych rekwizytów (Louis deklaruje, że lubi patrzeć na
krucyfiksy), bogaty, wyrafinowany na sposób francuski – beau et
decadent, sprawia, iż widz pragnie być takim, jak on, wolny od
ludzkich ograniczeń. Katarzyna
Kaczor zwróciła uwagę, iż „dla człowieka, dla którego największym
wrogiem jest wpływ czasu i starość, nie ma nic bardziej atrakcyjnego,
niż wyzwolenie się spod ich władzy”.[21]
Nieogarniona samotność w podróży przez
wieki nie jest ceną odstraszającą amatora nieśmiertelności jakim po
wysłuchaniu opowieści Louisa staje się Daniel. Epilog filmu pozwala nam
przypuszczać, iż jego marzenie się spełni. Końcówka ta nie wyszła spod
pióra Anne Rice – dopisał ją reżyser, nie informując o tym pisarki.
Rozbił tym samym koncepcję cyklu „Kronik wampirów”, jednak zabieg ten
pozwolił mu wprowadzić ciekawy gag muzyczny. Warto bowiem przysłuchać
się piosenkom towarzyszącym filmom Coppoli, Scotta i Jordana. Znamienne
są nawet ich tytuły. W „Love Song for a
Vampire” A. Lennox śpiewa: ”Come into this arms again and set this
spirit free” przypominając, iż „Dracula” to opowieść miłosna o
poszukiwaniu wyzwolenia. ”Bela Lugosi’s Dead” to wspominany już
wcześniej utwór Bauhausa. Wokalista jawi się nam podobnym do
stereotypowego wampira, (który nie jest, w przeciwieństwie do głównych
bohaterów „Zagadki nieśmiertelności”. Odszedł nie tylko Bela Lugosi,
jako aktor, który nadał swej postaci kształt powielany przez lata, ale
ona sama też już należy do przeszłości. „Wampir (...) wyszedł z mroku
nocy, by w świetle dnia okazać się zupełnie kimś innym”.[22]
Muzycznym podsumowaniem „Wywiadu z
wampirem” jest natomiast „Symphaty for the
Debil” w brawurowej interpretacji Guns & Roses (oryginalną wersję
zarejestrował jeszcze w latach 60-tych zespół The Rolling Stones). Znany
tekst podsumowuje trafnie historię „rice’ańskiego” wampira, który gotów
jest ujawnić swą historię, który prowokuje, kusi i budzi pożądanie.
Tak zakończyła się ewolucja wampira, od
hrabiego V. Draculi Stokera, po Lestata, będącego zresztą arystokratą z
pochodzenia, bo warto zaznaczyć, iż bohaterem
– narratorem „Symphaty for the Debil” jest właśnie Lestat, nie
Louis.
Historia wampira na przestrzeni stu lat
przestała wywoływać strach wzbudzany przez realne zagrożenie, określony
przez Kendalla L. Waltona[23]
jako fikcyjny (quasi-strach). Można go odczuwać w odniesieniu do
materii fikcjonalnej, której treść nie przynosi widzowi realnych
zagrożeń, a jednak jest zdolna wywoływać autentyczne stany lękowe,
których skala zależy od psychiki tego odbiorcy – od jego wrażliwości,
ewentualnego sceptycyzmu, znajomości konwencji itp. Miejsce lęku takiego
rodzaju zajęło przerażenie związane raczej z możliwościami empatycznymi
człowieka, który uświadomił sobie swe pragnienia i zrozumiał, ile jest
skłonny oddać za szansę ich spełnienia. Przestał bać się postaci
wymyślonych i oddzielonych od niego szybą ekranu – „straszny” potencjał
odnalazł w sobie.
Rzeczywiste źródło zła tkwi więc w ludziach, a dzieje
wampirycznego mitu w rysie zakreślonym dzięki przywołaniu kilku,
nomen – omen, nieśmiertelnych dzieł filmowych to ilustracja procesów
myślowych i modyfikacji naszej świadomości. Ta świadomość żyje i
ewoluuje, a więc mamy podstawy, by sądzić, iż ostatni takt Symfonii
grozy jeszcze nie zabrzmiał...
[1]
M. Wydmuch za H. Ludlamem w „Grze ze strachem”, Warszawa 1975
[2]
Cytuje za G. P. Guillermo (Shadow and Substance.
Murnau’s „Nosferatu”)
[3]
A. Kołodyński, Seams z wampirem, Warszawa 1986
[4]
Patrz: S. Kracauer, Od Caligariego do Hitlera. Z psychologii
filmu niemieckiego, przeł. E. Skrzywanowa, Warszawa 1958
[5]
Za: M. Janion, Projekt krytyki fantazmatycznej, Warszawa 1991
[6]
Za: Andrzej Sapkowski, Rękopis znaleziony w smoczej jaskini,
Warszawa 2001
[7]
„Rozróżniamy między nimi [upiorami] dwa rodzaje, mianowicie upiory
węgierskie i polskie, które są po prostu trupami, wychodzącymi śród
nocy z grobów dla wysysania krwi ludzkiej, i upiory hiszpańskie,
czyli duchy nieczyste (...)...” – poucza kabalista. (J. Potocki,
Rękopis znaleziony w Saragossie, Warszawa 1976)
[9]
G. Seesslen, C. Weil, Film na świecie 1984, nr 305 – 306,
str. 6
[10]
S. Kracauer, op. cit., str. 7
[11]
G. Seesslen, C. Weil, op. cit.
[14]
Cytat z filmu za: Z. Wałaszewski, Wampir – zamaskowana tożsamość,
ukryta śmierć, Kwartalnik filmowy 2000, nr 31 - 32
[15]
P. Szczepański, Ponadczasowość obrazu w filmie „Nosferatu”,
Kwartalnik filmowy 2000, nr 31 - 32
[16]
K. Kaczor, Od Draculi do Lestata. Portrety wampira, Anatomia
Fantastyki #5, Gdańsk 1998
[17]
J. Szyłak, Horror i Kino Nowej Przygody, Czerwony Karzeł,
Gdańsk 1996
[18]
Sugestia filmowa nie odpowiada intencji literackiego oryginału
autorstwa Whitley’a Striebera, gdzie „wampir jest przedstawicielem
gatunku pochodzącego z innej planety.” – Z. Wałaszewski, op. cit.
[19]
Z. Wałaszewski, op. cit.
[20]
W marcu 2002 r. na amerykańskie ekrany weszła kontynuacja łącząca II
i III tom, Queen of the Damned, wzbudzając raczej
niepochlebne reakcje recenzentów i widzów.
[21]
K. Kaczor, Od Draculi do Lestata, op. cit.
[23]
Za.: K. L. Walton, Uznanie fikcji – zawieszenie niewiary czy
uznanie wiary? W: Estetyka na świecie. Wybór tekstów,
t.2, pod red. M. Gołaszewskiej, Kraków 1986
|